UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Brew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Brew. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 czerwca 2014

„Kinky Ale” od Doctor Brew



Natłok różnego rodzaju zobowiązań wobec życia w skuteczny sposób utrudnia mi pisanie tekstów, których plan i konspekty znajdują się w szufladzie i czekają aż przyjdzie ten odpowiedni moment. Mam nadzieję, że na początku lipca sytuacja się nieco poprawi i będę mógł bardziej poświęcić się blogowi, zwłaszcza, że w zanadrzu mam kilka fajnych pomysłów. Nie chcąc zaniechać blogowania zupełnie, postanowiłem skupić się na nowościach rodzimego piwowarstwa rzemieślniczo-kontraktowego.

W tym epizodzie moich piwnych przygód, postanowiłem zająć się piwem „Kinky Ale” z wrocławskiego browaru kontraktowego Doctor Brew, który warzy swoje piwa w Browarze Bartek znajdującym się w miejscowości Cieśle w powiecie pleszewskim. Jest to już kolejne piwo tej inicjatywy kontraktowej i wcale nie takie nowe, bowiem swoją premierę miało już kilka tygodni temu, a jego twórcy kilka dni temu wypuścili na rynek dwa kolejne piwa: „American Weizen” i „Australian Weizenbock”.

Doctor Brew debiutował zimą tego roku piwem „Sunny Ale”. Już przy samej zapowiedzi premiery ich pierwszego piwa pojawiły się głosy, że to będzie jakaś dziwna inicjatywa (część piwoszy wieszczyła, że to będzie pewnie powtórka z casusu Browaru Antidotum), bowiem w materiałach promocyjnych widniało wiele ciekawych i osobliwych informacji, zwłaszcza przy przedstawianiu piw autorstwa założycieli tegoż browaru (pisano w nich np.: o tym, że twórcy tego browaru kontraktowego spali w śpiworach przy kadzi warzelnej, etc.). Browar założył sobie z góry pewien styl i konsekwentnie się go trzyma. Na etykiecie każdego wypustu zawsze można poczytać sobie „opowieści dziwnej treści”, co niektórym najwidoczniej przeszkadza. Ja z założenia skupiam się na piwie, bo to o nie w tym wszystkim najbardziej chodzi (moim, skromnym, zdaniem).

Do tej pory próbowałem „Sunny Ale” oraz „American IPA”. Wniosek z ich degustacji był taki, że panowie Łukasz Lis i Michał Olszewski (twórcy projektu Doctor Brew) są entuzjastami nowofalowych odmian chmielu oraz, że nie żałują go w swoich piwach, co bardzo mi się podoba. Obydwa piwa były smaczne, bardzo aromatyczne i zorientowane na nuty chmielowe, co o ile było oczywiste w „American IPA”, o tyle w przypadku „Sunny Ale” prowadziło do pewnej jednowymiarowości. Myślę, że owa inicjatywa bez problemu odnajdzie swoje miejsce na rynku.


„Kinky Ale” jest dla mnie o tyle ciekawym piwem, że przy jego warzeniu użyto nowej odmiany chmielu, która do niedawna była zarejestrowana jako HBC 366, a od pewnego czasu funkcjonuje już jako zarejstrowana odmiana nazwana Equinox. Odmiana ta, według Hopunion, charakteryzuje się zawartością alfa-kwasów na poziomie 14,4%-15,6%, a jej aromat opisywany jest jako owocowy, roślinny i ziołowy z takimi akcentami jak: cytryna, limonka, papaja, zielony pieprz.


Sama prezencja jest bardzo ładna. Etykieta prezentuje się skromnie, widoczne jest na niej logo producenta, nazwa piwa, „nawijka” charakterystyczna dla Doctor Brew (nie oni pierwsi poszli w tym kierunku) oraz garść szczegółów na temat „Kinky Ale”. Swoją drogą, samo słowo „kinky” po polsku oznacza udziwniony, perwersyjny, dziwaczny. Piwo uwarzono i zabutelkowano w Browarze Bartek w Cieślach. Producent twierdzi, że jest to piwo w stylu Pale ale, choć dla mnie to AIPA (nie uważam się za fanatycznego wyznawcę BJCP), biorąc pod uwagę jego parametry, a są nimi: ekstrakt – 16 Blg, alkohol – 6,2% obj., IBU: 71. Sam skład jest podany w sposób ogólnikowy: woda, słód jęczmienny, chmiel, drożdże. Piwa nie poddano filtracji ani pasteryzacji.

Po otwarciu butelki uderza aromat pieprzowy, przyprawowy, jednak szybko ulatnia się i do głosu dochodzą owoce, te bardziej cierpkie i kwaśne w smaku oraz grejpfrut. „Kinky Ale” posiada brązowo-miedzianą barwę,  wyraźnie zmętnioną, w której widoczne są szybujące ku górze pęcherzyki dwutlenku węgla. Pianę cechuje kolor zabrudzonej bieli. Jest ona zwarta, drobna, sztywna, średniowysoka i trwała. Utrzymuje się na powierzchni w postaci dwumilimetrowego kożuszka  do samego końca i wyraźnie krążkuje na ściankach naczynia. Aromat to przede wszystkim dobrze wyeksponowana chmielowość, co w tym piwie typu Single Hop (chmielonego tylko i wyłącznie jedną odmianą) jest kluczowe, by konsument poznał bukiet aromatów typowy dla tej konkretnej odmiany chmielu. Wyczuwalna jest owocowość, ale inna niż w Cascade, Zeusie, Palisade, czy Citrze. Jest pewien wspólny mianownik, które je łączy i jest nim zdecydowanie żywiczność i ziołowość, jednak owocowość zdaje się być nieco bardziej kwaskowa, cytrynowa (choć nuty pomarańczy i grejpfruta też są wyczuwalne), a do tego wyraźna jest nuta przyprawowa, znacznie odmienna od fenoli produkowanych zwłaszcza przez belgijskie szczepy drożdży. A propos drożdży i tego co mogą wnieść do piwa poza alkoholem i CO2 – wyczuwalna jest lekka nuta rozpuszczalnikowa. Na drugim planie wyczuwalna jest słodowość z domieszką ciasteczek i karmelu. W smaku tylko przez chwilę można wyczuć słodowość, ponieważ szybko zostaje ona zduszona przez akcenty chmielowe. Goryczka jest raczej wysoka, długa, głęboka i zalegająca. W smaku chmielowość przejawia się bardziej ziołowością (przypominająca nieco polską Sybillę) i żywicznością, co bardzo dobrze współgra z wytrawnością piwa. Finisz wytrawny, chmielowy, ziołowo-żywiczny. W miarę ogrzewania się piwa, do głosu dochodzi alkohol, który rozgrzewa i lekko drapie w gardło, a jego obecność najwyraźniej zaznacza się na finiszu (ostatnimi czasy, jestem na to jakoś szczególnie wyczulony). Jak dla mnie, wysycenie tego piwa jest trochę za wysokie jak na ten rodzaj piwa (ale). 


Piwo zdecydowanie dla kategorii piwoszy określanej jako „Hop Heads”, ponieważ chmiel gra tu pierwsze skrzypce od niemal samego początku na jeszcze jakiś czas po finiszu. Ale ten jest pijalny i smaczny, jednak raczej jednowymiarowy, co w tym przypadku można uznać za usprawiedliwione, bowiem jak mniemam, intencją twórców tego piwa było wyeksponowanie tego, co do piwa wniesie odmiana Equinox, a przy chmieleniu na poziomie piw koncernowych, taki zabieg po prostu mijałby się z celem. Jedynymi mankamentami piwa są: nuta rozpuszczalnikowa, wybijający się alkohol oraz trochę zbyt wysokie wysycenie. Poza tym, uważam je za całkiem dobre. To ciekawy materiał poglądowy dla piwowarów domowych, których mogłaby interesować ta nowa odmiana chmielu. Co do samej odmiany Equinox, w aromacie jest bardzo owocowa, ale w smaku dominują nuty iglaste i ziołowe. Myślałem, ze być może sprawdziła by się ta odmiana w przypadku biere blanche z dodatkiem nowofalowych amerykańskich chmiel, ale moim zdaniem nie będzie to najlepsze połączenie. Gdybym warzył APA i chciał ukierunkować je w stronę ziołowo-żywiczną na pewno sięgnąłbym właśnie po tę odmianę oraz Tomahawk i Simcoe. Myślę, że efekt finalny mógłby być interesujący. Poza tym, myślę, że Equinox można by połączyć z naszą, polską Sybillą. Coś mi mówi, że to też byłby zgrany duet. Jest w tym chmielu spory potencjał. 

wtorek, 18 marca 2014

Sobotni wieczór we Wrocławiu

W minioną sobotę wraz z Hanią pojechaliśmy do Wrocławia, bo mieliśmy tam do załatwienia pewną sprawę. Po zrealizowaniu planu zasadniczego, naszego wyjazdu, udaliśmy się pod wieczór na przechadzkę po wrocławskim starym mieście. Obydwoje lubimy to miasto, choć każde z nas z nieco innych pobudek.

Miałem okazję mieszkać przez cztery miesiące w tym uroczym mieście podczas wymiany studenckiej w ramach programu MOST. Było to w 2007 roku, czyli na kilka lat przed piwną rewolucją i sfrunięciem ducha kraftu z przestworzy nad kraj między Odrą i Bugiem. W tamtym czasie, Wrocław zdecydowanie bardziej kojarzył mi się z piwem niż Poznań, bo w 2007 roku było już tam kilka sklepów, w których można było posmakować polskich piw z małych browarów, czy sporej oferty „importów". W owym czasie w Poznaniu nie było żadnego sklepu specjalistycznego z piwem, a jedynym źródłem zaopatrzenia były hipermarkety. Inną kwestią w tamtym okresie był mój studencki budżet, który stanowił główny wyznacznik piw będących w moim zasięgu pod względem cenowym.    

Od tego czasu minęło jednak siedem lat i sporo na polskiej scenie piwnej się zmieniło. A co najważniejsze, zmiany poszły w bardzo dobrym, wręcz wymarzonym, kierunku.

Mieliśmy przygotowaną listę potencjalnych miejsc, w których chcieliśmy osuszyć po kufelku z piwem. Nasze tourne rozpoczęliśmy od kolacji w Bierhalle. Konkretne jedzenie (placek ziemniaczany z gulaszem) i do tego po kufelku ichniego piwa (ja piłem pilznera, a Hania. jej ukochanego. weizena).

Posileni, ruszyliśmy do „Kontynuacji". Przekroczyliśmy jej wrota  około 19-tej, ale lokal był już w znacznej mierze zapełniony. Udało nam się znaleźć stolik dla dwóch osób i dumnym krokiem skierowałem się w stronę baru... Sam klimat tego miejsca jest jak najbardziej pozytywny. Jest tam jasno z uwagi na białe ściany, co dla mnie jako osoby niedowidzącej jest sporym plusem, choć innym może to przeszkadzać, bo odbiera to intymny nastrój. Na samych ścianach znajduje sie wiele prac autorstwa Agnieszki Tomaszewskiej, które są po części humorystyczne, po trochu abstrakcyjne, ale w ciekawy sposób odnoszą się do otaczającej nas rzeczywistości. Ciekawy wybór serwowanych piw i bardzo przyjacielska obsługa. W tle słychać było przyjemną muzykę z pogranicza rocka i alternatywy. 


Fajny motyw :) 

Moim pierwszym piwem, które tam wypiłem, było „Smoked Cracow" z Pracowni Piwa, czyli małopolska interpretacja wielkopolskiego piwa (grodziskiego) o ekstrakcie 7,7% wag. i zawartości alkoholu wynoszącej 2,4% obj. Posiadało jasnozłotą, zmętnioną barwę, białą pianę i zbożowo-wędzony aromat z nieznacznym akcentem chmielowym. w smaku też królowała wędzoność, która sprawiała, że piwo o ekstrakcie poniżej 8% wag. wydawało się nad wyraz treściwe. Lekkie, sesyjne (o ile lubi się aromat wędzony w piwie) i bardzo dobrze gaszące pragnienie. Bardzo mi smakowało. Fakne uzupełnienie doświadczenia z obecnymi wersjami piwa grodziskiego na rynku.  

Drugim (i ostatnim) piwem pitym w tymże pubie był „Smoky Joe" z AleBrowaru. Była to wersja piwa, którą wybrali fani piw z tego browaru w internetowej ankiecie. Zwycięską opcją okazał się „Smoky Joe" z jeszcze większym udziałem w zasypie słodu wędzonego torfem. W owej sondzie głosowałem na „Sweet Cow” z większą ilością laktozy i dodatkiem ziaren kakaowca. Jeszcze rok temu bym się trochę wahał, czy spróbować tego rodzaju piwo, ale zeszłoroczny „Smoky Joe” oraz „Smokey George" z Brauerei Rittmayer, przekonały mnie do tych piw (z dodatkiem słodu whisky). Teraz poszukuję „100% Peated” z norweskiego browaru Nøgne Ø i planuję też własne uwarzenie Whisky Stoutu. Wracając do sobotniego spotkania z fanowską wersją „Smoky Joe”, powiem tak: było zacnie. Nuty torfowe, ziemiste w polaczeniu z solidnym ciałem słodowym, aromatem palonej kawy i posmakiem „dębowej beczki” dały naprawdę niezły wynik. Smak tego piwa jest bardzo esencjonalny, jest ono gęste i oleiste. Takiego „Smoky Joe" życzyłbym sobie w przyszłości. Po raz pierwszy od długiego czasu cieszę się, że moja opinia znalazła się w mniejszości. Piwo jest czarne jak sumienie niejednego polityka, a korona z brązowej piany długo utrzymuje się na jego powierzchni. AleBrowar obiecywał petardę i słowa dotrzymał. Tu nie ma miejsca na szeroką skalę szarości; albo się je polubi, albo już nigdy do niego nie wróci.   

Potem postanowiliśmy rozejrzeć się za filiżanką kawy i trochę pospacerować, szukając przy okazji miejsca w którejś z opcji lokalowych z naszej listy. Był sobotni wieczór, więc nie było to takie proste (z czym się liczyliśmy), ale udało nam się znaleźć wolny stolik w „Szynkarni" (wcześniejsze próby „zakotwiczenia” w takich pubach jak „Pod Latarniami”, czy w „Zakład Usług Piwnych” zakończyły się niepowodzeniem). Myślę, że to nie był przypadek, że trafiliśmy, tam gdzie trafiliśmy. „Szynkarnia” to miejsce stworzone dla takiego piwnego maniaka i łasucha jak ja. Poza dużym wyborem piw, lokal serwuje szeroki wybór serów zagrodowych, tradycyjnych wędlin z niewielkich zakładów wędliniarskich i kusząco wyglądających słodkości. Obsługa jest bardzo sympatyczna i chętnie podpowie i doradzi, jeśli ktoś czuje się zagubiony w chwili dokonywania zakupu trunku lub przekąski. Najbardziej zaintrygowała nas kiełbasa... nowotomyska. Po rozmowie z panią zza baru, okazało się, że jest to faktycznie kiełbasa spod Nowego Tomyśla, z niedużego zakładu rzeźnicko-wędliniarskiego, mieszczącego się w miejscowości Bukowiec (8 km od Nowego Tomyśla). Szczerze, dopiero 180 kilometrów od domu dane mi było jej spróbować i przyznam, że następnym razem będę musiał udać się do ich mobilnego sklepu firmowego. Wniosek stąd płynie taki, że oferowane produkty to autentyki, a nie jakieś tam "cuda, cudawianki". Przy barze znajduje się lista kontrahentów, z którymi pub współpracuje i można się co nieco dowiedzieć o konkretnym wyrobie oraz jego wytwórcy. Podczas naszego pobytu w tym lokalu, do piwa zamówiliśmy sobie o podpłomyku (mój był z serem, szynką, cebulą i szczypiorkiem, a Hani z suszonymi pomidorami i kurczakiem). Bardzo nam smakowały. 

Jeżeli chodzi o degustowane przeze mnie piwa, były to wypusty polskich browarów rzemieślniczych. Jako pierwsze, skosztowałem „Lublin to Dublin”. To kolaboracyjne piwo uwarzone wspólnie przez Browar PINTA i szkocki Carlow Brewing Company, znany też jako O’Hara’s Brewery, to Robust Oatmeal Stout – solidny stout owsiany o ekstrakcie 16% wagowo i zawartości alkoholu na poziomie 6,5% objętościowo. Piwo czarne, o nieprzejrzystej barwie z bujną pianą, która posiadała bezowo-szary kolor, W zapachu dominowała nuta palona z kawowym akcentem i aromat gorzkiej czekolady. W smaku uderzała słodowość z domieszką paloności, lekki akcent kawowy oraz posmak czekolady. Piwo gęste, treściwe, ale nadzwyczaj pijalne, przez co jest bardzo zdradzieckie. Bardzo ciekawe i godne spróbowania. Mam nadzieję, że to nieostatnie piwo w ramach tejże kolaboracji.

Następnym piwem, po które sięgnąłem było „American IPA” z nowego browaru kontraktowego Doctor Brew. Po udanym, premierowym „Sunny Ale" grzechem byłoby nie spróbować drugiego piwa pochodzącego z tej inicjatywy kontraktowej. Nazwa może być zwodnicza dla miłośników chmielu z USA, bo z amerykańskich odmian użyto tylko Cascade, a pozostałe chmiele wykorzystane przy warzeniu tego piwa to australijski Galaxy, nowozelandzki - Motueka i niemiecki - Magnum. W „Szynkarni" było trochę ciemnej niż w „Kontynuacji" i piwo w tamtych warunkach oświetleniowych było dla mnie bursztynowe z dużą domieszką czerwieni. Piana jasna, ale nie śnieżnobiała, całkiem dobrze się prezentowała, jednak nie tak efektownie, jak ta na „Lublin To Dublin". W zapachu słodowość w akompaniamencie bardzo bogatego aromatu chmielowego. Były tam owoce tropikalne, cytrusy, morele, żywica i zioła. W smaku początkowo dominował aromat słodów z lekką, ale nie męczącą nutą karmelową oraz sporą dozą chmielowej goryczki. Aromaty owocowe i żywiczne stanowiły bardzo ciekawą kombinację, daleką od oklepanej nieco kompozycji składającej się tylko z amerykańskich odmian chmielu. Piwo iście sesyjne i smaczne. Jeśli lubisz piwa goryczkowe - bierz w ciemno. Piwo posiada 16% ekstraktu i 6,2% alkoholu objętościowo. Doctor Brew pokazał, że wie jak leczyć spragnionych piwoszy. A pewnie niejeden sięgnie po nie jako medykament mający złagodzić „nabyty syndrom dnia wczorajszego”.    

Na „rozchodnika” wypiłem „Von Hopfen" z Browaru Mason. Hania w tym czasie spijała grzane wino. Wiem, że to nie było najrozsądniejsze posunięcie, bo picie Pale Ale po mocno chmielonym IPA nie jest najlepszym pomysłem, ale tak to jest, gdy idzie się na żywioł. Obsługa ostrzegała, że będą nalewać piwo około 5 minut, bo jest mocno wysycone i strasznie się pieni. Jestem cierpliwy, więc nie oponowałem. Samo piwo posiada złotą, opalizującą barwę i bardzo bujną, zbitą, śnieżnobiałą pianę. Problemy pojawiły się w zapachu, bo obok słodowości i bardzo rozbudowanego akcentu chmielowego pałętała się nieprzyjemna nuta nasuwająca skojarzenia ze stęchlizną. W smaku było lepiej. Lekkie, ze słodowym początkiem, który szybko ustępował chmielowości. Piwo chmielono wyłącznie niemieckimi odmianami chmielu (Polaris, Opal, Cascade DE, Perle). Goryczka jest wyraźna i bardzo rozbudowana (kwiatowo-ziołowa), ale jak na piwo w tym stylu jest zbyt wysoko wysycone dwutlenkiem węgla, co negatywnie wpływa na jego pijalność. Sam Mason przyznaje na swoim profilu, że coś nie do końca „sztymuje" w jego premierowym wypuście, a człowiek ten na piwie się zna i niejedno piwo w życiu uwarzył. Zdarza się. Piwo jest dobre, ale posiada pewne defekty, nad którymi warto się pochylić. Do tego piwa wrócę, bo moje wrażenia mogą być zniekształcone faktem, że było to już któreś piwo z rzędu, a poprzednie spożyte przed „Von Hopfenem” było mocno chmielone. Poza tym, Mason na pewno będzie dążył do usunięcia niepożądanych efektów, obecnych w smaku i zapachu piwa.    

Kupiliśmy sobie na wynos kilka ciastek i parę wędlin, po czym ruszyliśmy do hotelu, bo następnego dnia planowaliśmy dość wcześnie wyruszyć w podróż powrotną do domu. Był to bardzo udany wieczór w mieście, do którego zawsze chętnie wracamy, w dwóch klimatycznych „wielokranach", w których każdy piwny maniak czuje się jak ryba w wodzie. Piwa, których miałem okazję tam skosztować okazały sie koronnym dowodem na to, że polska scena piwowarstwa rzemieślniczego ma się dobrze i owocuje udanymi nowościami. Nie żałowałem wyboru ani jednego z zakupionych piw. To bardzo przyjemne uczucie, gdy sięgasz po różne piwa, a każde z nich jest naprawdę niebagatelne, do tego towarzystwo bliskiej osoby i ta myśl chodząca po głowie, że właśnie dla takich chwil warto jest żyć.
Resztki pamiątek z podróży do stolicy Dolnego Śląska :)

P.S.: Postawiłem na opis a nie fotorelację, bo niespecjalnie lubię robić zdjęcia z uwagi na brak uzdolnień i odpowiedniego sprzętu. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ilustracje etykiet piw pochodzą z profilów browarów na serwisie Facebook.