UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo w podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo w podróży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 listopada 2017

Z wizytą na Antypodach cz.2

Jeżeli chodzi o piwo w Australii, to tutaj także widoczne są wpływy angielskie. Główny nurt piwnych marek stanowią nie tylko jasne lagery, ale znajdzie się tam sporo piw w stylu pale ale, golden ale, bitter, rzadziej – cream ale oraz typowo australijski napitek – sparkling ale (więcej na temat tego piwa). Oczywiście piwa te często smakują bardzo podobnie (bez chmielowego sznytu), jednak bittery z racji na zasyp składający się z ciemniejszych słodów stanowią całkiem miłą odmianę (moimi faworytami były VB i Emu Bitter). Przeglądając oferty sklepów czy browarów widać, że piwa ciemne nie są tam szczególnie popularne. Podobnie jest z piwami mocnymi – tutaj pewnie klimat może być jednym z czynników decydujących o tym stanie rzeczy.

System dystrybucji alkoholu przypomina nieco ten skandynawski, bowiem alkohol można kupić tylko w wyznaczonych punktach. Nie kupimy piwa w supermarkecie, ale najczęściej obok niego znajdziemy sklep monopolowy. Podstawową różnicą pomiędzy krajami skandynawskimi a Australią jest to, że  dystrybucja napojów alkoholowych nie jest ograniczona wyłącznie do sklepów nadzorowanych przez państwo. Istnieje kilka sieci zajmujących się sprzedażą napojów wyskokowych i sklepy do nich należące często są rozmiarów osiedlowych marketów. Co ciekawe, wybór piw w takich sklepach jest bardzo szeroki. Znajdziemy w nich produkty krajowe – te produkowane przez duże browary oraz wyroby z sektora piw rzemieślniczych, a także znajdziemy sporo piw importowanych – zwłaszcza z Nowej Zelandii i Ameryki Północnej, a mniej z Europy. Odwiedziłem też w Perth jeden ze sklepów specjalistycznych, który zajmował się sprzedażą wyłącznie piw importowanych – były tam piwa z USA, Kanady, Belgii, Niemiec, Czech, Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii – moja uwaga skupiła się na piwach z tego ostatniego kraju. Z Polski były dostępne tam dwa piwa, ale nie miały nic wspólnego z rodzimą sceną rzemieślniczą… 

Często narzeka się u nas na to, że piwo serwowane w lokalach jest za zimne. W Australii piwo podawane jest bardzo schłodzone – w temperaturze oscylującej wokół 0 st. C (icy-cold). Reguła ta odnosi się do większości serwowanych tam napojów – prosto z lodówki, często dodaje się do soków kostki lodu a szkło trzymane jest w zamrażarkach. Picie napojów w temperaturze pokojowej uważane jest tam za manierę ekscentryczną. Ciekawym gadżetem jest tzw. stubby holder. Jest to wykonany z pianki rękaw, w który wkłada się butelkę lub puszkę z piwem. W efekcie ręka nie marznie od piwa pitego z butelki, a piwo dłużej utrzymuje niską temperaturę. W australijskich domach jest to rzecz powszechna często występująca pod postacią pokaźnych kolekcji, zważywszy na fakt, ze stubby holder to chyba najpraktyczniejszy gadżet promocyjny dla wielu lokalnych przedsiębiorstw.
Choć nie planowałem kłaść szczególnego nacisku na piwną turystykę podczas tej wyprawy – odwiedziliśmy 4 browary i to bez zwiedzania, ale wyłącznie w celu degustacji warzonych w nich piw, to jednak udało mi się skosztować wielu piw warzonych w Zachodniej Australii poprzez zakupy w sklepach monopolowych. Degustacje te nasunęły mi kilka wniosków. Po pierwsze, australijskie piwowarstwo rzemieślnicze trzyma bardzo wysoki poziom. Rzadko które piwo obarczone było jakąś wyraźną wadą, która zepsułaby wrażenia podczas degustacji. Żadne z piw nie poszło do zlewu, a ostatnio coraz częściej się na tym łapię, że jeśli coś mi nie podchodzi, to idzie do ścieków a browar dostaje ode mnie konsumenckiego bana. Po drugie, jak już wspomniałem, dominują tam piwa jasne, których moc rzadko przekracza 6-7% alk. obj. Podczas trzech tygodni udało mi się spróbować jednego RISa z lokalnego browaru. Pomimo, że warzone są tam wyłącznie piwa jasne, to dostępne jest ich szerokie spektrum – mamy klasyczne pilsy i nowofalowe lagery, a także american pale ale (piwa warzone w tym stylu, ale chmielone odmianami australijskim nazywa się tam australian pale ale), AIPA, ale także sporo było lokalnych interpretacji piw belgijskich (zwłaszcza w stylu blond i witbier). Natknąłem się również na kilka wersji Berliner Weisse. Dużą popularnością cieszy się tam mariaż belgijskich drożdży z nowofalowymi odmianami chmielu. Za to owoce nie są tak popularnym motywem jak u nas. Brak mocnych piw sprawia, że piwa leżakowane w beczkach są produktami bardzo niszowymi, dostępnymi najczęściej pod postacią produktów z importu. Kolejna konkluzja jest taka, że australijski chmiel „robi robotę”. Piwa chmielone rodzimymi odmianami częstokroć wypadały lepiej niż te, przy których użyto wyłącznie chmieli z USA. Owocowość szła w stronę liczi, mandarynek, marakui, winogron, do tego chmiele były bardziej ziołowe niż żywiczne. Moim zdaniem chmiele z „Oz” bardzo dobrze sprawdziłyby się w piwach typu Vermont IPA. Inną sprawą jest, że tamtejsi piwowarzy nauczyli się osiągać efekt synergii poprzez łączenie odmian australijskich i amerykańskich, dzięki czemu ich piwa niejednokrotnie „miażdżyły” chmielowym aromatem i smakiem pozbawionym łodygowości, zalegania i szorstkiej goryczki. 

Z danych znajdujących się w serwisie Craft Beer Reviewer wynika, że w październiku tego roku w Australii funkcjonowało 516 browarów, z czego 65 w stanie Australia Zachodnia. Nie trafiłem do żadnego z browarów znajdujących się w Perth, ale za to miałem okazję odwiedzić trzy w dolinie rzeki Swan oraz jeden we Fremantle.

Dolina rzeki Swan to ciekawe miejsce, bowiem znajduje się tam wiele przybytków wartych odwiedzenia. Są tam dobre restauracje, winnice, manufaktura czekolady, manufaktura orzechów w czekoladzie, gospodarstwa pszczelarskie, cydrownie i, oczywiście, browary. Miejsce jest bardzo urokliwe, ale bardzo rozciągnięte i bez samochodu, i jeszcze lepiej kierowcy, trudno by było je objechać. 

Pierwszy browar będący na naszej liście (Ironbark Brewery) niestety w dniu, gdy doń przybyliśmy był zamknięty, jednak nie ma tego złego, bowiem obok znajduje się Funk Cidery posiadająca w swojej ofercie bardzo ciekawe cydry. Poza standardowymi cydrami, były tam także jabłeczniki fermentowane z użyciem drożdży Brettanomyces czy te fermentacji spontanicznej. Inną ciekawostką były cydry z dodatkiem innych owoców. Ten z dodatkiem passiflory „rozłożył na łopatki” inne produkty z oferty. Nie jestem wielkim miłośnikiem cydru, ale wizytę w Funk Cidery będę wspominał bardzo dobrze.   
 
Drugim celem na naszej mapie owego dnia był Homestead Brewery. Budynek browaru, w którym szykowane jest piwo, jest bardzo nowoczesny, w większości przedszkolny, dzięki czemu z okien i tarasów można obserwować okolicę. Browar prowadzi także restaurację. W stałej ofercie browaru mamy niemiecką pszenicę, munich lagera (piwo w stylu niemieckim, którego zasyp stanowi słód monachijski), a także dwa rodzaje jasnego ale – w tym jeden chmielony wyłącznie australijskimi odmianami. Czuć było, że piwowar w owym browarze ma „ciężką rękę” do chmielu, bo chmielowość przewijała się nawet w piwie pszenicznym. „Kaiser’s Choice”, bo tak nazywało się owo piwo pszeniczne pachniało bananem i goździkiem, były wyczuwalne w nim także akcenty skórki chleba. W smaku podobnie. Zaczynało się od zbożowości, na co wchodziły produkty pracy drożdży dedykowanych do tego rodzaju piw, ale miłym zaskoczeniem było chmielowe zwieńczenie. Chmielowość była trawisto-ziołowa, europejska (lub pochodząca od rodzimych kultywarów o europejskim rodowodzie). Wspomniany wyżej lager nosił nazwę „Brauhaus Lager”. Spodziewałem się piwa słodowego, w którym wyczuwalne będą chlebowość i ciasteczka, ale tu także pozytywnie zaskoczył mnie poziom goryczki. Była wyczuwalna, ale nie nachalna, nie psuła efektu uzyskanego dzięki takiemu, a nie innemu zasypowi, co w moim odczuciu świadczy o kunszcie piwowara. Dwa piwa w stylu pale ale – „Thunderbird” i „Golden Eagle” były ukoronowaniem pobytu w tymże miejscu. O ile ten pierwszy był bardzo dobrym american pale ale (ze wszystkim, co piwo w tym stylu powinno konsumentowi oferować), o tyle drugi – australian pale ale – „skradł show” kolegom z deski degustacyjnej. Owocowy w aromacie – mandarynka, pomarańcza, passiflora, winogrono, liczi, z domieszką ziół. Smak był równie dobry jak aromat, przy czym goryczkę balansowały cukry resztkowe. Bardzo pijalne, ale przede wszystkim smaczne, świeże i udane piwo.

Z Homestead Brewery udaliśmy się do Mash Brewery. Browar ten jest zbudowany w tym samym stylu, jednak jest mniejszy i serce browaru, czyli warzelnię widać z części restauracyjnej. Akurat natrafiliśmy na dzień warzenia, przez co oczekiwanie na zamówienie umilał nam widok piwowarów uwijających się przy pracy. Samo otoczenie browaru wydało mi się ciekawsze – więcej tam zieleni, zwłaszcza drzew – palm i eukaliptusów. Wybór padł na New England IPA, „Pale” (pale ale), „The Guv’inor” (xtra pale ale) i „COPY CAT” (AIPA). Pierwsze z nich było bardzo zachowawcze. Słodowość przeplatała się z nutami cytrusowymi, ale piwo wydało mi się niezdecydowane. Być może to dobry środek, by przekabacać nieprzekonanych na „piwną stronę mocy”, ale jeśli jadło się chleb z niejednego pieca, to nie jest to pozycja, która wprawiłaby w zachwyt czy osłupienie. Piwo poprawne i pijalne, ale nazbyt grzeczne. Cóż, pewnie nie wpisuję się w target. NEIPA bardziej przypadła mi do gustu – cytrusowa chmielowość i owocowe estry szły ze sobą w parze, przez co piwo to było bardzo owocowe i aromatyczne. Goryczka, choć zaznaczona, nie psuła efektu pracy drożdży. „The Guv’inor” okazał się piwem o wiele bardziej trafiającym w moje gusta. W porównaniu ze swoim grzecznym braciszkiem „Pale”, to piwo było prawdziwym chmielowym urwisem. Chmielowość dominowała w aromacie i smaku, ale goryczka była krótka, z owocowym i żywicznym akompaniamentem. Piwo bardzo pijalne i rześkie. „COPY CAT” okazało się także chmielową bombą, w dodatku bardzo zdradliwą, gdyż zawartość alkoholu wynosząca niecałe 7% alk. obj. nie była wcale wyczuwalna. Tutaj goryczkę balansowały słody karmelowe i cukry resztkowe, jednak nie było nazbyt słodkie i męczące jak to czasem bywa z przedstawicielami tego stylu, gdy piwowar za bardzo „popłynie” ze słodami karmelowymi w zasypie. Piwa z tego browaru są bardzo dobrze dostępne w sklepach monopolowych w Perth i okolicach. Wersje butelkowe także były wysokich lotów. Będąc w Mash Brewery postanowiliśmy także coś zjeść. Mój wybór padł na burgera z wołowiną wagyu i frytkami belgijskimi. Jadło także godne polecenia z uwagi na jego wysoki poziom.   

Ostatnim przybytkiem odwiedzonym owego dnia był Feral Brewery. Piwa tego browaru są także bardzo dobrze dostępne w okolicach Perth, dlatego sporo z nich można spróbować nawet jeśli nie uda odwiedzić się browaru. Miałem wrażenie, że ten przybytek był najmniejszy ze wszystkich odwiedzonych, jednak on także jest atrakcyjnie usytuowany wśród zieleni i z ciekawymi widokami. I tutaj głodni będą mogli się nasycić. Ciekawostką w Feral była możliwość zamówienia dwóch różnych desek degustacyjnych. W skład jednej z nich wchodzą piwa odstępne przez cały rok, a drugą stanowią wyłącznie piwa sezonowe. Zdecydowałem się na te ze stałej oferty browaru. W jej skład weszło 6 piw, które podano chyba w najlepszy sposób ze wszystkich – w małych pokalach. „Feral White” to udany witbier z wyczuwalnymi nutami curacao i kolendry. Do tego dochodziły jeszcze drożdżowe estry. Piwo było lekkie i rześkie, niczym nie ustępowało biere blanche z Belgii. „Sly Fox” to z kolei session ale z wyraźnymi nutami chmielowymi. Lekkie, może nieco za wodniste, ale bardzo pijalne i owocowe (w smaku i w aromacie), dzięki nowofalowym chmielom. American IPA – „Hop Hog” – obfitowała w nuty typowe dla tego stylu. Chmielowość w aromacie i w smaku była dominująca i bardzo wyraźna, jednak w żaden sposób nie wpływała negatywnie na pijalność – chmielowość nie była szorstka, łodygowa czy zalegająca. Słodowość nieco balansowała goryczkę, jednak to chmiel rządził w tym piwie. Ta lżejsza interpretacja AIPA bardziej przypadła mi do gustu w porównaniu z „COPY CAT” z poprzedniego browaru. O ile piwa jasne wypadły bardzo dobrze, o tyle z tymi ciemniejszymi było różnie. „Karma Citra”, które miało być black IPA było w rzeczywistości american stoutem z wyraźnymi nutami ciemnych słodów, które dopełniała cytrusowa goryczka, jednak ta zadawała się być zduszona i wycofana z uwagi na użyte ciemne słody w zasypie. Zatem nie tylko Polakom zdarzają się potknięcia przy tym stylu piwa. „Smoked Porter” był – jak nazwa wskazuje – wędzonym porterem. Wędzonka była bardzo stonowana i ogniskowa zarazem, ale wyraźnie wyczuwalna w smaku (zwłaszcza na finiszu). Jak na porter przystało, było ono piwem zbalansowanym, w którym żaden z elementów, takich jak goryczka, słodycz i akcenty ciemnych słodów, nie wychodził przed szereg. Bardzo dobre i pijalne, o ile lubi się wędzonkę w piwie. Na samym końcu czekał na mnie „Boris” – Russian Imperial Stout, który okazał się być dobrym RISem z nutami kawy, czekolady, ciemnych owoców i dobrze ukrytym alkoholem. Był to dobry reprezentant stylu, ale nie jakiś szczególnie wybitny. 

Kilka dni później, będąc we Fremantle, odwiedziliśmy browar Little Creatures Brewing położony nad wybrzeżem Oceanu Indyjskiego. Widać, że browar nastawiony jest na turystów, bowiem w jego wnętrzu można nie tylko kupić piwo, ale bardzo dużo różnej maści gadżetów piwnych i nie tylko, przez co miejsce sprawia wrażenie nieco chaotycznego. Piwa z tego browaru są również bardzo dobrze dostępne w aglomeracji Perth. Moim faworytem od „małych stworzonek” było piwo „Roger’s”. Lekkie pale ale o umiarkowanej goryczce, ale bardzo aromatyczne. Będąc w browarze pokusiłem się o „Dog Days” – bardziej chmielone session ale z oferty tegoż browaru. Piwo chmielone trzema odmianami z USA – Cascade, Mosiac i Sumit. Było smaczne i poprawne, bardzo pijalne i z wysoką, ale niezalegającą goryczką bez nut nafty i cebuli, co z mojego punktu widzenia było dużym plusem.


Na sam koniec warto dodać, że wszystkie z wymienionych powyżej browarów są otwarte w dni powszednie do godziny 17-18 (tylko nieco dłużej w weekendy). Inne browary, których piwa bardzo dobrze wspominam to Nail Brewing, Matilda Bay Brewing Co. oraz 4 Pines Brewery.  

niedziela, 26 listopada 2017

Z wizytą na Antypodach cz.1

Tegoroczne wakacje przyszło mi spędzić u przyjaciół w Australii, a dokładnie w jej stanie zwanym Australią Zachodnią. Była to moja pierwsza podróż poza Europę, jednocześnie będąca pierwszą w życiu okazją do podróży lotniczej. Przygotowania do wylotu rozpoczęliśmy z dużym wyprzedzeniem, dzięki czemu – pomimo natłoku spraw wszelakich – przebiegły one bezstresowo. Dużym zaskoczeniem była dla mnie procedura wizowa – wniosek wizowy składany jest online, a na odpowiedź czeka się nie dłużej niż 2 dni. Co więcej, wiza turystyczna jest darmowa – chodzi o eVisitor subclass 651 (wiza Visitor subclass 600 kosztuje 140 AUD). Wydawana jest na okres 12 miesięcy, upoważnia ona do wielokrotnego wjazdu na terytorium Australii, przy czym maksymalny czas pobytu nie może być dłuższy niż 3 miesiące.


Perth nocą – widok z King’s Park

W końcu przyszedł wyczekiwany dzień wylotu i siedząc w busie, który wiózł nas na warszawskie lotnisku z dużą dozą ekscytacji czekałem na to, co miało się wydarzyć później. Sama podróż, pomimo długości jej trwania – 20 godzin (16 godzin lotu i 4 godziny przesiadki w Dubaju), minęła bez jakichkolwiek zakłóceń. Zaopatrzyłem się na czas lotu w zapas audiobooków, bowiem intuicja podpowiadała mi, że z racji wady wzroku pewnie nie wiele skorzystam na rozrywce pokładowej. I jak to zwykle bywa, przeczucie mnie nie zawiodło. Dzięki czytanej przez lektorów literaturze czas szybko mijał i przy okazji nadrabiałem czytelnicze zaległości.


Widok na centrum Perth z Herrison Island

Po wylądowaniu na lotnisku w Perth trzeba było przejść niezbędne formalności, po czym trzytygodniowe wakacje rozpoczęły się na dobre. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, o której zostaliśmy poinformowani wcześniej przez naszych australijskich przyjaciół – w Australii obowiązują spore obostrzenia dotyczące wwozu przeróżnych produktów. Chodzi przede wszystkim o nieprzetworzone produkty organiczne – np.: nasiona, owoce, fragmenty roślin i zwierząt itd. (z wywozem tego rodzaju dóbr z Australii nie ma żadnego problemu). Wynika to z faktu izolacji kontynentu od reszty świata i konieczności obrony rodzimego ekosystemu. Zatem oprócz celników będziemy skontrolowani także przez Urząd Rolnictwa i Zasobów Wodnych (Department of Agriculture and Water Resources). Przed przylotem do Australii otrzymujemy dokument – Incoming Passenger Card – będący deklaracją wwożonych przez nas dóbr. O ile alkohol i tytoń są punktami standardowymi – tego pierwszego można wwieźć nie więcej niż 2250 ml (bez rozróżniania na kategorie jak w UE), znajdziemy tam także pytania takie jak: czy wwozi Pan/Pani jaja, orzechy, owoce, mięso, przedmioty zabrudzone glebą.


Żółtaki (Xanthorrhoea) dziko rosnące w buszu

W Internecie sporo czytałem o tym, że ludziom rekwirowano rozmaite przedmioty, które uznano za niebezpieczne z mikrobiologicznego punktu widzenia. W naszym przypadku, wszystko poszło gładko, bowiem dokładnie wiedzieliśmy jakich rzeczy lepiej ze sobą nie zabierać. Zalecane jest także dokładne wyczyszczenie butów (razem z podeszwami), bowiem jeśli „biosecurity” uzna, że są brudne może wziąć je do odkażenia, za co przyjdzie nam zapłacić.


Owoce eukaliptusa

Pierwszym, co uderzyło mnie już na lotnisku w Perth byli ludzie i ich nastawienie – mili, pogodni i przyjacielscy. Nawet formalności graniczne były prowadzone bardziej w formie sąsiedzkiej pogawędki niż czynności administracyjnej (podczas gdy w Warszawie nawet nie odpowiedziano mi „dzień dobry” przy sprawdzaniu mojego paszportu). Urzędniczka „Biosecurity”, dowiedziawszy się, że przylecieliśmy z Polski, pytała się nas, czy wwozimy pierogi lub golonkę. Usłyszawszy, że nic z tych rzeczy, kazała nam przejść dalej.


Pochylone drzewo (na skutek silnych wiatrów wiejących od oceanu) – pospolity widok wokół Geraldton

Chcąc opisać moje wrażenia z pobytu w Australii, a jednocześnie nie brnąc zbyt mocno w detale, chyba najlepiej będzie uczynić to odnosząc się do konkretnych aspektów tak typowych dla tego kraju.


Kakadu biała

Klimat
Zachodnioaustralijskie lato znane jest z tego, że jest niemiłosiernie gorące – temperatury częstokroć przekraczają 40 stopni Celsjusza, a zdarza się, że przekraczają i 50 st. C. Upały zaczynają się listopadzie i trwają do kwietnia. To właśnie dlatego polecano nam jako czas przybycia wiosnę (wrzesień-październik) lub, ewentualnie, jesień (kwiecień-maj). Przylot wiosną okazał się dobry pod kilkoma względami – uniknęliśmy ekstremów pogodowych, ale także mieliśmy okazję przekonać się jak wygląda ta pora roku po drugiej stronie globu. Wszystko kwitło, było nie tylko zielono, ale także bardzo kolorowo. Powietrze przeszywała woń kwitnących roślin tak odmienna od tej w Europie. Chcąc uzupełnić temat pór roku – zima w Zachodniej Australii jest raczej deszczowa i relatywnie chłodna, jednak za atak zimy uważa się tam dni, kiedy temperatura oscyluje wokół 10 stopni Celsjusza. Jesienią temperatury są do zniesienia, ale wszystko jest wypalone przez kilkumiesięczne upały.


Spacer wśród eukaliptusów

Klimat determinuje tam wiele rzeczy – styl budownictwa (dominują budynki jednokondygnacyjne, przy czym wysokość od podłogi do sufitu wynosi częstokroć ok. 4 metrów, aby na skutek konwekcji ciepłe powietrze „uciekało” do góry. Domy nie posiadają izolacji, okna nie są szczególnie szczelne. Problem z tego typu budynkami pojawia się, gdy robi się chłodniej – szybko się wychładzają. Obowiązkowymi elementami wyposażenia są moskitiery, wentylatory i klimatyzatory (temat ogrzewania traktowany jest raczej po macoszemu). Wrzesień w Perth to miesiąc, kiedy temperatura podczas dnia oscyluje wokół 15-25 stopni Celsjusza, a w nocy waha się między 5-15 st. C. Zatem wieczorem warto mieć coś cieplejszego. Brak takich zim, jakie znamy w Europie, sprawia że np.: wodociągi znajdują się nad ziemią, ponieważ nie ma potrzeby puszczania ich pod nią. Z kolei konstrukcje domów są o wiele lżejsze, bowiem nie ma tam problemu z zalegającym na dachach śniegiem. Często też, gdy na dworze jest poniżej 20 stopni Celsjusza można zobaczyć Australijki w kozakach, płaszczach i szalikach.


Tych państwa przedstawiać nie trzeba…

Mała populacja i duże odległości
W Europie liczącej ok. 10 mln km2 mieszka około 725 milionów ludzi. W Australii na niespełna 8 mln km2 żyje ich ok. 25 milionów. Widać to było w Perth, gdzie pomimo godzin szczytu ilość ludzi na ulicach była niewielka w porównaniu do warunków europejskich. Jeszcze bardziej widoczne było to, gdy wyjechało się kilkadziesiąt kilometrów poza miasto – jadąc autostradą przez godzinę mijaliśmy raptem kilka samochodów. Coś, co u nas jest niespotykane. Do tego należy dodać kwestię odległości – miasta oddalone są od siebie o co najmniej kilkadziesiąt kilometrów (a mogą wynosić i kilkaset), jednak wyprawa z jednego końca Australii na drugi liczy się już w tysiącach kilometrów. Ze względu na duże odległości popularnym rozwiązaniem w Australii jest edukacja dzieci prowadzona zdalnie np.: drogą radiową.     


Kuflik zwany też kalistemonem lub „szczotką do butelek”

Jadąc z Geraldton do Perth (dystans wynoszący ok. 450 km) przejechaliśmy przez 5 lub 6 miast i niektóre z nich składały się z kilkunastu domów. Resztę stanowiły pola uprawne i busz. Z uwagi na dużą ilość dostępnej ziemi powierzchnie farm idą w setki i tysiące hektarów. Niewielka populacja jest dobrą rzeczą jeżeli chodzi o warunki drogowe – użytkowników dróg jest mało, dlatego można jeździć po nich 100 km/h, dlatego Australijczycy liczą dystans w oparciu o tę prędkość podając czas jazdy, a nie odległość (np.: 4 godziny a nie 400 kilometrów). Sami Australijczycy przyznają, że tak niska populacja ma też swoje wady – często oferta produktowa jest ograniczona, bowiem nie ma możliwości jej urozmaicania z obawy o zbyt małą ilość potencjalnych nabywców.


Pinnacles

Przyroda
Ta, jak wiadomo, jest bardzo specyficzna i odmienna z racji izolacji tegoż kontynentu. Mamy tu torbacze, ssaki jajorodne, a także setki innych gatunków rodzimej fauny i flory spotykanej wyłącznie na tym kontynencie. Kangury można spotkać podczas przechadzek po buszu, ale także na obrzeżach miast (te „miastowe” są z reguły mniej płochliwe). Jest ich tam wiele a zdarza się, że trzymane są jako zwierzęta domowe, jednak tylko samice, gdyż samce po dorośnięciu stają się agresywne i niebezpieczne. Drugi symbol Australii – koala – nie występuje w części tego kraju, którą odwiedziliśmy.


Kalbarri National Park

Nie ukrywam, że obcowanie z przyrodą było dla mnie wielką frajdą. Widzieliśmy różne odmiany buszu, tereny pustynne (Pinnacles), półpustynne (Kalbarri National Parki), formacje skalne, mokradła itd. Przyroda jest bardzo zróżnicowana i często widać to już po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów. Papugi są tam wszechobecne jak u nas wrony czy gołębie – i mniej więcej tak samo lubiane z uwagi na wyrządzane przez nie szkody. Powietrze, zwłaszcza po deszczu, pachnie eukaliptusem – wokół Perth jest bardzo wiele skupisk tej rośliny. Część buszu nie została tam wykarczowana przez kolonialistów. Nie wynikało to z zamiłowania do przyrody, ale z faktu ubogich gleb, na których rosły, przez co karczunek taki byłby próżnym wysiłkiem w ich mniemaniu. Eukaliptusy zatruwają glebę wokół siebie, aby utrudnić wzrost innym roślinom. Wszystko, co zerwiemy w buszu – nawet lawenda – pachnie olejkami eterycznymi eukaliptusów. Jedną z ciekawszych roślin były krzewy zwane „bootlebrush” – szczotka do butelek. Faktycznie ich kwiaty bardzo przypominają to bardzo dobrze znane piwowarom narzędzie. Jadąc na północ od Perth eukaliptusy i żółtaki (zwane „grass trees” lub rzadziej – ze względu na poprawność polityczną – „black boys”) ustępują miejsca banksjom, a po jakimś czasie i one kapitulują pod zwrotnikowym słońcem, gdzie roślinność jest bardzo przerzedzona i osiąga niewielkie rozmiary.



Inną ciekawostką przyrodniczą był dla mnie gatunek ptaka znany jako kukabura. Jego trel brzmi jak opętańczy śmiech (link) i szczerze współczuję tym, obok których ten ptak postanowił uwić sobie gniazdo. Skoro już pozostajemy w temacie przyrody – wiele mówi się o jadowitych wężach i pająkach oraz innych niebezpiecznych żyjątkach. Sami Australijczycy bardzo nie lubią tej opinii. Argumentują to tym, że jeżeli rzekomo wszystko w ich kraju jest śmiercionośne, to już dawno nie powinno być tam jakichkolwiek form życia, a poza tym wielkość kontynentu sprawia, że większość gatunków posiada ograniczony zasięg występowania (np.: krokodyle spotkać można wyłącznie na północy kontynentu). Ludzie nauczyli się żyć wśród węży, pająków i innych niebezpiecznych stworzeń. Złotą radą w zakresie prewencji jest częste i regularne koszenie przydomowego trawnika – jeśli trawa jest krótka nie wejdą tam szukające schronienia gryzonie, a to na nie najczęściej polują węże. Znaki ostrzegające przed nimi można spotkać bardzo często, jednak niesprowokowane najczęściej same uciekają, gdy wyczują drgania tworzone przez ludzkie kroki. Do tego wystarczy gwizdać podczas przechadzki po buszu i szansa, że wąż sobie popełznie jest bardzo duża. Nawet jeśli ukąsi – na każdy rodzaj jadu jest surowica, więc jak to mówią Aussies – no worries. Niemniej, podczas wiosennych eskapad należy być bardziej czujnym, bowiem gady wybudzają się po zimie i nie są jeszcze aż tak ruchliwe i żywotne. Trzeba patrzeć pod nogi, bo w tym okresie szansa na bycie ukąszonym jest największa. Drugim z realnych zagrożeń we wrześniu w Australii są dzierzbowrony – (magpies – nazywane tak przez Australijczyków, choć taksonomicznie nie mają nic wspólnego  ze srokami). Jest to okres, kiedy ptaki te mają pisklęta i zdarzają się ataki na ludzi, którzy znaleźli się zbyt blisko gniazda. Ptaki te atakują najczęściej podlatując od tyłu, dlatego podczas ataku nie należy oglądać się za siebie, bowiem ptak może dziobnąć nas w oko. Swoją drogą, ptaki te mają bardzo charakterystyczny i piękny śpiew (link).  


Dzierzbowron (magpie)

Jedzenie
Nie ma czegoś takiego jak kuchnia australijska (powiedzą Wam to sami Aussies). Sporo w niej wpływów angielskich – fish and chips, ale także wyraźne są tam wpływy kuchni azjatyckich. Wśród mięs królują baranina i wołowina (najczęściej grillowane). Wieprzowiny nie jada się tam dużo. Ciekawa sytuacja jest z mięsem kangurzym. Australijczycy nie pałają do niego wielką sympatią i często służy ono jak karma dla psów. Turyści odwiedzający ten kraj z kolei często stawiają sobie za punkt honoru skosztowanie tego rodzaju mięsiwa. My się pokusiliśmy i nie żałowaliśmy – fakturą i smakiem przypominało mięso jelenia ze specyficznym aromatem. Miłośnicy ryb i owoców morza będą czuć się tam jak w raju, zważywszy na fakt, że wiele z nich można kupić świeżych i niemrożonych. Z ryb polecam blue groper’a i rekina, a z owoców morza - langustę. Bardzo smaczne są tam także owoce – miałem okazję jeść marakuję prosto z drzewa, zrywaliśmy i jedliśmy również pomarańcze i mandarynki. Przepyszne. Także banany i kiwi były o wiele lepsze o tych, które można kupić u nas w sklepach.


Czarny łabędź – symbol Australii Zachodniej

Ludzie
Jak już wspomniałem, są bardzo mili i przyjacielscy. Często osoby nieznające się pozdrawiają się na ulicach i zagadują o to i owo. Nikt nigdzie nie goni, nie ma spiny – czego nie udało zrobić się dziś z pewnością uda się zrobić jutro. Ludzie chodzą ubrani na zupełnym luzie i obca jest Australijczykom filozofia – make life harder. Cechuje ich także duży dystans do rzeczywistości i ogromne poczucie humoru. Otwartość i pełen luz – tacy właśnie są Aussies.


Kakadu różowa


Kalbarri – Pot Alley


Centrum Perth


Kukabura chichotliwa


Księżyc – niby taki sam, ale coś tu jest inaczej…



Rozella czarnogłowa

wtorek, 14 stycznia 2014

Czy warto ufać serwisom piwnym?

Według starego porzekadła, „zawsze musi być ten pierwszy raz”. Pisząc o pierwszym razie, w tym kontekście, mam na myśli kapitał zaufania, jakim obdarzyłem serwisy piwne ratebeer.com i beeradvocate.com w kwestii polecanych miejsc, w których można napić się piwa w Berlinie. Wiadomą rzeczą bowiem jest, że jeśli zamierzamy się gdzieś wybrać, a jest w nas trochę dociekliwości, to oprócz miejsc godnych zwiedzenia, potraw do spróbowania, to i nad trunkami, jakie będziemy pić tam, dokąd się się wybieramy. Niemcy to kraj, gdzie piwo warzy się od wielu wieków, ale w dobie koncernowych produktów poddanych „smakowej kastracji” warto wiedzieć, gdzie można wychylić kufel dobrego piwa, ewentualnie gdzie urok danego miejsca jest w stanie zrekompensować nienajlepsze piwo w ofercie. Nie oszukujmy się, nie samym piwem żyje człowiek Czy było warto zaufać w ślepo wyżej wymienionym stronom internetowym poświęconym tematyce piwnej?  

Całą historię należy zacząć od tego, że 11 listopada zeszłego roku, napisała do mnie koleżanka ze Słowacji, że wraz z ekipą, którą poznałem na Erasmusie w Finlandii, wybiera się do Berlina na początku grudnia i byłaby to dobra okazja, by spotkać się tam i spędzić miło weekend. Decyzja zapadła praktycznie po kilku minutach od dostania propozycji. Jako, że czesko-słowackiej braci bardzo podobało się w Polsce podczas zeszłorocznych wakacji, podczas których pokazaliśmy im z moją dziewczyną kilka ciekawych miejsc (Wrocław, Łeba, Gdańsk, Kraków, Wieliczka i Oświęcim), a szczególnie przypadły im do gustu odwiedzone puby („Degustatornia”, „Omerta” i „Strefa Piwa Pub”) oraz wypite tam piwa. Koledzy do dziś wspominają „Atak chmielu” i chyba za nim trochę tęsknią… Nasze przygody w telegraficznym skrócie opisałem tutaj. Uczyniono mnie zatem odpowiedzialnym za listę miejsc, do których możemy udać się na piwko lub dwa, ewentualnie siedem.

Był to pierwszy raz, kiedy postanowiłem zawierzyć serwisom piwnym. Podczas szukania informacji na temat pubów w Berlinie, w Internecie dostępnych było sporo różnych zestawień lokali i pubów, ale skoro mieliśmy do dyspozycji niecałe dwa dni pobytu w Berlinie i każdy z nas chciał odwiedzić miejsca z klimatem i dobrym piwem – nie było innego wyjścia. Moje poszukiwania ograniczyłem do dzielnicy Mitte, bo cały czas byliśmy w jej obrębie (ścisłe centrum Berlina). Przedstawione propozycje były zaznaczone na mapie, podane były konkretne dane teleadresowe (w tym strony WWW), opisy osób, które odwiedziły te miejsca. Co ciekawe, wyniki wyszukiwania zawierają puby, browary restauracyjne, browary, sklepy z piwem, etc. Dzięki temu każdy piwosz znajdzie coś dla siebie.

Wydrukowałem zgromadzone przeze mnie informacje wraz z mapkami i krótkim opisem każdego z miejsc i nie pozostało nic innego jak ruszać w drogę. D Berlina ruszyliśmy 7 grudnia (sobota) wczesnym rankiem, a w niedzielę wczesnym popołudniem mieliśmy pociąg powrotny (relacja Berlin-Warszawa cieszy sporym zainteresowaniem wśród podróżnych, dlatego pomimo zakupu biletów kilkanaście dni wcześniej, musieliśmy zmienić pierwotny plan i zamiast wyjechać o 17:37, wyruszyliśmy w drogę powrotną 4 godziny wcześniej. Z góry było wiadomo, że czasu na sen w Berlinie będzie niewiele.

Po spotkaniu z ekipą na Hauptbahnhof (w sumie było nas 7, co miało później swoje konsekwencje w postaci problemów ze znalezieniem miejsca w pubach), ustaliliśmy, że zakwaterujemy się w hotelu i ruszamy zwiedzać miasto. Plan był taki, że za dnia skupiamy się na zwiedzaniu Berlina, a później skupimy się na piwie. Tym, co było przeciwko nam to słabnący, ale wciąż silny orkan Ksawery, przez co pogoda w stolicy Niemiec była wietrzna, deszczowa (wieczorem zaczął sypać śnieg) i niezbyt sprzyjająca turystom, ale jak mawiają myśliwi „pogoda jest albo bardzo dobra, albo dobra”. Idąc za tokiem tego powiedzenia, podczas naszego „tournee” po Berlinie pogoda w Berlinie była dobra.


Gdy już poczuliśmy się trochę zmęczeni zwiedzaniem, a by pokrzepić się zjedliśmy tradycyjne danie berlińskie, czyli kebab, stwierdziliśmy, że pora na zasłużony kufelek. Pierwszym miejscem, do którego się udaliśmy była restauracja Lindenbräu na Potsdamer Platz. Już sam plac robi wrażenie z uwagi na swoją futurystyczną formę. Dodatkowej atrakcyjności temu miejscu nadawał fakt, że w następny weekend po naszej wizycie miała tam miejsce premiera drugiej części „Hobbita”, więc jeszcze niedokończony Smaug stanowił też swego rodzaju atrakcję. Sam lokal jest bardzo klimatyczny i przytulny. W ofercie piwo pszeniczne, które podobno warzone jest na miejscu oraz Berliner Weisse w różnych wariantach smakowych, Berliner Pilsner, Hopfinger Zwickl. Siedzieliśmy sobie, spijaliśmy piwa i opowiadaliśmy różne anegdoty i tego typu historie. Ja skusiłem się na Berliner Pilsnera i muszę przyznać, że smakował mi o wiele bardziej niż ten, którego piłem w wersji butelkowej kilka miesięcy wcześniej. Ikoną stylu raczej nie zostanie, ale piło się go naprawdę świetnie, a poziom goryczki w nim był dla mnie bardzo zadowalający. Hopfinger okazał się przyzwoitym „Kellerem”, o mocno słodowo-drożdżowym smaku z lekka ziemista goryczką. Towarzystwo też zdawało być się zadowolone z wyboru tego miejsca.


Po osuszeniu kufli ruszyliśmy dalej. Wiało, sypał śnieg i było dość zimno. Pokręciliśmy kolo Bramy Brandenburskiej i Reichstagu i weszliśmy na jedno piwo do drugiej restauracji Lindenbräu. Różnica między nimi polegała na tym, że o ile ta na Placu Poczdamskim tętniła życiem, o tyle ta koło Reichstagu sprawiała wrażenie niezbyt często odwiedzanej. Dopiliśmy, co zamówiliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Problemem okazało się to, że było nas siedmiu, a w sobotnie wieczory puby i restauracje pękały w szwach. Stwierdziliśmy, że skoro większość tego, co chcieliśmy zobaczyć, już widzieliśmy, zatem pojedziemy w okolice hotelu, gdzie też było kilka ciekawych opcji, jakie znajdowały się na moim spisie. I tak trafiliśmy do Restaurant Maximilians. Duży lokal, o bardzo klimatycznym wystroju nawiązującym do Bawarii, oferujący dania kuchni bawarskiej, ale nie tylko. Obsługa ubrana w tradycyjne bawarskie stroje. To wszystko robiło wrażenie. Jeżeli chodzi o piwa – królował tam Paulaner we wszystkich możliwych wariantach (Weissbier, Dunkel Weissbier, Märzen, Doppelbock (Salvator) i Pilsener. Jako pierwszego wypiłem Pilsenera, bo był jedynym piwem, z którym jeszcze się nie zetknąłem. Nieszczególnie przypadł mi do gustu, ale za to Salvator i pszeniczne dały radę. Do tego każdy zamówił sobie coś do zjedzenia. Paradoksalnie, w bawarskiej restauracji, większość z nas jadła Carrywurst, uważany za typowo berliński przysmak. Tak nam się tam podobało, że ani się obejrzeliśmy a przy barze zaczęto dzwonić i wołać „Ostatnie zamówienia!”.


Jednak to, co najlepsze spotkało nas (a na pewno mnie) zupełnie przypadkowo następnego dnia. Trochę czasu nam zebrało zanim całą ekipą zebraliśmy się do wyjścia, a nasza trójka wykwaterowała się z hostelu i z bagażami ruszyliśmy kolejką S-Bahn na Alexanderplatz. Wysiedliśmy, wychodzimy ze stacji i naszym oczom ukazał się Brauhaus Mitte (planowaliśmy udać się w nieco inne miejsce, choć w tej okolicy). Stwierdziliśmy unisono, że idziemy do tego browaru restauracyjnego. Niestety trochę nam się spieszyło, więc nie robiliśmy zdjęć. Już samo miejsce robi wrażenie. Ładny wystrój, widać cały sprzęt w postaci kadzi i tanków, które cieszą oko. Z okien można obserwować Alexanderplatz i sunące po szynach pociągi (coś w sam raz dla takiego miłośnika pojazdów szynowych jak ja). W ofercie dań serwowana jest tradycyjna kuchnia niemiecka, a mieliśmy ochotę na coś mocno sycącego i krzepiącego. Z piw do wyboru: pilzner, pszeniczne i koźlak świąteczny (Weihnachtsbock). Pilzner bardzo ładnie się pienił, piana była sztywna i trwała. W barwie słomkowy, idealnie klarowny. Aromat słodowo-chmielowy, bez dwuacetylu i DMS. W smaku trochę wodnisty, ale z wyraźną i ziołową goryczką, Bardzo lekki i wybitnie sesyjny. Piwo pszeniczne też okazało się posiadać piękną pianę. Kelner powiedział, że ichni Weizen posiada wyraźny aromat drożdżowy. W barwie obecność drożdży dało się zauważyć, bo była złota z domieszką burego odcienia i widocznymi pod światło drobinkami. W zapachu aromat pszenicy i bananów. Brak przyprawowości. W smaku pszenica, kwaskowy aromat drożdżowy i bardzo intensywny aromat bananowy. Bardzo mi się podobał ten smak bez goździka. To pewnie kwestia użytego szczepu drożdży. Sesyjności nie można temu piwu odmówić. Spróbowałem też kilka łyków koźlaka, który według zapewnień obsługi miał 10,% alkoholu. Ładnie pachniał, a smakował naprawdę świetnie. Ciemne słody, aromat suszonych owoców, karmel, melanoidyny, a także subtelny, ale wyraźny  aromat korzennych przypraw, kojarzących się ze świętami (cynamon, goździk, kardamon). Co ciekawe, pomimo stopniowego nagrzewania się piwa, alkohol w jego smaku był bardzo słabo wyczuwalny, przez co piwo posiadało naprawdę zdradziecki charakter, bo jak na tę moc było bardzo wysoko pijalne. Polecam to miejsce. Miła i profesjonalna obsługa, smaczne jedzenie, pyszne piwo,  dobra lokalizacja i bardzo klimatyczne wnętrze.  

A stamtąd prosto na Hauptbahnof i z powrotem na ojczyzny łono.

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że propozycje miejsc do odwiedzenia przedstawione czy to przez ratebeer.com, czy beeradvocate.com były bardzo trafione. Każde z miejsc było przyjemne, klimatyczne i zachęcające do spędzenia tam kilku chwil. Poza takimi benefitami całej przygody jak zwiedzanie Berlina, spotkanie z przyjaciółmi, mogę powiedzieć tyle, że wizyta w Bruhaus Mitte zainspirowała mnie do kolejnych wizyt w Berlinie, by zwiedzić inne browary restauracyjne tego miasta, ale i inne ciekawe piwne miejsca, poza Berlinem i poza Niemcami. Chyba pora zabrać się za piwną turystykę. Już wiem, gdzie szukać konkretnych i rzetelnych informacji przed następnymi wyjazdami. Warto było zaufać internetowym źródłom wiedzy i doświadczeń innych ludzi w tej konkretnej kwestii jaką jest piwo.  


P.S.: Z tego miejsca pragnę podziękować ekipie Zakładu Usług Piwnych z Wrocławia, która podesłała mi kilka propozycji miejsc sprawdzonych na „własnej skórze”. Tym razem się nie udało ich odwiedzić, ale mam nadzieję, że moja wizyta w tych miejscach to tylko kwestia czasu.