UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruit. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 maja 2014

Heather Ale, czyli legendarne piwo wrzosowe



Heather Ale, znane też jako „Fraoch Leann", to napój legendarny niczym ów Święty Graal. Dzisiaj nazwa tego piwa kojarzy się jednoznacznie z jednym ze szkockich browarów, ale jej etymologia się nawet i 4 tysiące lat wstecz, a na to wskazują dowody zebrane przez archeologów. Problem z tym piwem polega na tym, ze wspominają o nim podania i legendy, ale brak jakichkolwiek szczegółowych danych na jego temat. Niemniej, myślę,   warto napisać kilka słów o tej legendzie, choćby dla innego spojrzenia na „Fraoch” z Williams Bross Brewing Co., jeśli przyjdzie Wam je kiedyś pić. Dla klimatu, proponuję podkład muzyczny.  


Sama nazwa piwa odnosi się do tajemniczego ludu Piktów, który dawniej zamieszkiwał Wyspy Brytyjskie. To owi niscy, rudzi i wytatuowani ludzie zwykli nazywać swój ulubiony trunek Fraoch. Czy był to miód pitny, piwo, czy braggot tego do końca dziś nie wiadomo, jednak jednym z głównych składników tego napoju był wrzos i inne zioła. Co do samych Piktów, nie zachowało się wiele informacji na ich temat. Wiadomo, że w 843 r. n.e. połączyli się ze Szkotami, tworząc Królestwo Alby. Po tym czasie mowa jest już tylko o Szkotach. Przypuszcza się, że podania, legendy oraz nieliczne informacje historyczne o Piktach były inspiracją dla J.R.R. Tolkiena dla stworzenia przez niego postaci krasnoludów, którzy także byli rudzi, niscy i brodaci.

Przez następne stulecia kronikarze i pisarze wspominają o piwie wrzosowym, ale są to informacje fragmentaryczne i często niepewne (na przykład oparte na relacjach ponad stuletnich ludzi, gdy średnia życia wynosiła 40 lat). Najbardziej znanym literackim przywołaniem tego piwa jest wiersz Roberta Louisa Stevensona (tego od „Wyspy Skarbów”) pod tytułem „Heather Ale”. W wierszu tym król szkocki pomimo zwycięstwa nad Piktami, nie czuje się on usatysfakcjonowany, ponieważ nie zdążył poznać sekretu, jak warzą swoje wrzosowe piwo. Wszyscy Piktowie mieli zginąc w bitwie, Pewnego dnia natknął się na dwóch ostatnich, którzy cudem uszli z bitewnej rzezi. Monarcha powiedział im, że puści ich wolno jeśli wyjawią mu jak należy przygotować i uwarzyć wrzosowe piwo. Starszy z nich powiedział, że powie mu, ale boi się gniewu swojego syna jeśli się czegoś takiego dopuści. Król nakazał zabić młodszego Pikta a starszy wybuchnął śmiechem i powiedział, że teraz to już w ogóle nie pozna tego sekretu bo tylko jego syn byłby zdolny do jego wyjawienia. Jak nietrudno przypuszczać, ów szlachetny człowiek został zabity przez Szkotów zabierając wraz ze sobą nieodgadnioną tajemnicę. Wiersz ten stanowi jedną z wersji legendy odnoszącej się do sekretu wyrobu Fraoch. Martyn Cornell podaje, że wariantów tejże legendy jest ponad 200 i dzielą się na wersje szkockie i irlandzkie. W szkockich mówi się o pokonaniu Piktów, a w irlandzkich – Wikingów, ale generalny wydźwięk jest ten sam – piwo było dobre, a sekretu nie chciano wyjawić nawet za cenę życia. Wyżej przytoczony autor bloga Zythophile, pisze też, że między Szkotami i Irlandczykami istnieje spór, którzy z nich mogą sobie rościć do tego piwa prawo, bowiem i jedni i drudzy zwykli drzewiej stosować kwiat wrzosu jako surowiec piwowarski (w odróżnieniu od Anglików).

Według innej legendy, w okolicach irlandzkiego miasta Limerick, ma znajdować się ukryty manuskrypt zawierający recepturę Fraoch. Ów manuskrypt mieli zostawić tam Wikingowie (Danowie, protoplaści dzisiejszych Duńczyków). Zgodnie z tą wersją wydarzeń, sztukę warzenia piwa wrzosowego mieli na wyspy Brytyjskie przywieźć Wikingowie, którzy je okupowali. Jednak po ich wygnaniu, na skutek przegranej przez nich bitwy pod Clontarf. Podobno to wtedy miano ukryć zapisy z recepturą tego piwa.            

Wiadomo za to, że wrzos pospolity (Calluna vulgaris) jako roślina znajdował szerokie zastosowanie nie tylko na Wyspach Brytyjskich (choć to najczęściej z nimi jest utożsamiany, a zwłaszcza ze Szkocją), ale także poza nimi np.: w Skandynawii. Wrzos wykorzystywano jako przyprawę do potraw, napojów (także tych poddawanych fermentacji alkoholowej), barwiono nim wełnę i inne tkaniny, a w suszonej formie stanowiła opał. Roślina ta była też wykorzystywana w ziołolecznictwie w przypadku: reumatyzmu, chorób układu moczowego i nerek, bezsenności i stanach zapalnych. Wywar z wrzosu podawano też jako lek uspokajający. Ważnym komponentem diety był miód wrzosowy, bowiem pełnił funkcje odżywczą oraz można go było wykorzystać do wyrobu napojów alkoholowych. Dziś roślina ta pełni funkcję przede wszystkim ozdobną oraz miododajną.

 Fot.: Willow

Fraoch słynął ze swojej nieprzeciętnej mocy. Alkohol w nim zawarty był tylko jednym ze sprawców tego stanu rzeczy. Innym mogły być zioła, które stosowano także przy wyrobie gruitu. Jak wiadomo, były to często rośliny o silnym działaniu psychoaktywnym, potęgującym oddziaływanie alkoholu na organizm człowieka. Jeszcze innym komponentem ogólnego efektu upojenia mogły być mikroorganizmy występujące na wrzosie. W Wielkiej Brytanii zwyczajowo nazywa się „mchem wrzosowym” (heather moss) lub „mgłą” (fog). Jest to biało-szary nalot na liściach, kwiatach i łodygach, który przybiera formę proszku. Skutki działania owego mchu porównuje się do opium z tą różnicą, że posiada on także właściwości halucynogenne. Przypuszczam, że może to chodzić o szarą pleśń, bo choćby w poradach dla ogrodników występuje opis choroby grzybiczej wrzosu, który objawia się przebarwieniami i formą jak w powyższym opisie. Generalnie, nie polecam  eksperymentów w tym kierunku. Kwiaty zawierały też dzikie drożdże, które przyspieszały proces fermentacji.

Dla piwa warzonego z dodatkiem wrzosu niekorzystny okazał się wiek XVIII i przemiany, jakie w nim nastąpiły. Należały do nich połączenie się Anglii i Szkocji w 1707 roku, a także zmiany prawne z lat 1710-1711, na mocy których dopuszczono do użytku w piwowarstwie tylko słody i chmiel, na które nałożono podatki. Inne surowce roślinne zostały zakazane. Z czasem Szkotom zabroniono nawet używać ich rodzimych nazw wobec rzeczy wszelkich, co dotyczyło również nazewnictwa piw (po przegranej bitwie pod Culloden w 1746 roku). Z niektórych źródeł wyczytać można, że piwo wrzosowe było warzone zwłaszcza na terenach wiejskich. A jak to drzewiej bywało, prosty lud był niepiśmienny, co nie sprzyjało dokumentowaniu ówczesnego życia, zwłaszcza jeśli robi się piwo stojące w konflikcie z prawem. Z zachowanych danych wynika, że pąki lub kwiaty wrzosu dodawano albo do zacieranych słodów, albo do rozcieńczonego miodu lub wody z cukrem, które poddawano fermentacji. Ten drugi wariant mieli stosować pasterze zamieszkujący tereny podmokłe w Szkocji.

Jakimś cudem nie do końca zapomniano o Heather Ale. W 1988 roku, do sklepu dla piwowarów domowych prowadzonego przez braci Williams przyszła pewna kobieta, która władała biegle językiem Gaelic, dzięki czemu przetłumaczyła Bruce’owi Williamsowi XVII-wieczną recepturę „Leann fraoich”. Owa koincydencja okazała się katalizatorem dla powstania browaru Williams Bros. Brewing Company oraz wytyczyła szlak dla piw warzonych w tymże browarze, czyli warzenia piw nawiązujących do tych sprzed wielu lat. Sam „Fraoch” jest  raczej luźnym nawiązaniem do dawnego piwa wrzosowego. Posiada 5% alkoholu objętościowo, jego ekstrakt wynosi 12,6 st. Blg (OG: 1051). Do jego produkcji wykorzystuje się słody: pale ale, crystal i pszeniczny. Piwo przyprawiane jest woskownicą europejską oraz kwiatem wrzosu (producent nic nie wspomina o chmielu). Ważne jest to, ze wrzos poddawany jest czyszczeniu z mchu wrzosowego, by uniknąć niepożądanych efektów ubocznych. Takie działanie jest warunkiem koniecznym do dopuszczenia kwiatu wrzosu jako surowca piwowarskiego z punktu widzenia brytyjskiego prawa. Piszę o tym piwie, bo to chyba najbardziej znany przykład, nawiązujący do tradycji piwa wrzosowego oraz relatywnie łatwo dostępny. Nie jest to jedyny przedstawiciel tego rodzaju piw, ale najbardziej osławiony. Rozwój sceny piwowarstwa rzemieślniczego z pewnością będzie sprzyjał powstawaniu kolejnych piw nawiązujących do trunków sprzed wielu wieków. 


Piłem kiedyś to piwo i niespecjalnie przypadło mi ono do gustu. Ot, ciekawostka jak na przykład „Gruit Kopernikowski”. Jeśli jesteś piwowarem/piwowarką lub zamierzasz się zająć domowym wyrobem piwa, w Internecie, na forach tematycznych, można odnaleźć sporo receptur nawiązujących do Heather Ale. Zwraca się uwagę na konieczność odpowiedniego przygotowania wrzosu przed dodaniem go do kadzi warzelnej oraz fakt, że kwiaty tej rośliny po zerwaniu bardzo szybko tracą swoje właściwości aromatyczne. Zatem, byle do września!   

czwartek, 20 marca 2014

Piwo z PETa od Bazyliszka

Nie wiem, czy ktoś z Was jeszcze pamięta zeszłoroczną, burzliwą dyskusję dotyczącą tego, czy piwo lane z beczki do butelek PET ma jakikolwiek sens i czy taka usługa powinna w ogóle mieć miejsce? Sama praktyka posiada pewnie tylu zwolenników, ilu przeciwników. Właściwie, przez długi czas ten temat był mi całkowicie obojętny, ale ostatnio postanowiłem się nad nim pochylić. Co mnie do tego skłoniło?


Po wywiadzie z Warszawskim Browarem Bazyliszek (tutaj), który rzucił trochę więcej światła na samą inicjatywę oraz ichni, premierowy wypust, byłem ciekaw jak takie piwo może smakować. Warto tu zaznaczyć, że jego wyjątkowość polega na tym, że jest to połączenia piwa w stylu American India Pale Ale (AIPA) z gruitem, czyli ziołową mieszanką, którą dawniej stosowano jako przyprawę do piw zamiast chmielu. O samym gruicie pisałem tutaj. Do piwa z Browaru Bazyliszek dodano piołun na etapie jego warzenia oraz ziołową nalewkę na podczas fermentacji. W skład owej nalewki, obok piołunu, wchodzą między innymi: lawenda, jałowiec, wrotycz, woskownica europejska, a jej skład stanowi odwzorowanie historycznej receptury „Zielonej Wróżki” (absyntu) z początku XX wieku. Piołun znany jest ze swej goryczy, stanowił jeden z bazowych składników kultowego w XIX wieku absyntu i jest łatwo dostępny w sklepach zielarskich, czy w wersji dziko rosnącej. Piołunowa goryczka jest znacznie odmienna od tej chmielowej; jest tępa, zalegająca i w nadmiarze bardzo nieprzyjemna, ale w rozsądnej dozie daje ciekawe efekty, czego przykładem był zeszłoroczny „Gruit Kopernikowski”, uwarzony przez Browar Kormoran. Tak się składa, że mam trochę zasuszonego piołunu na potrzeby domowego browaru i warto byłoby go spożytkować. Lubię piwa w stylu American India Pale Ale i bardzo ciekawiło mnie jak będzie smakować takie piwo w polaczeniu z piołunem i innymi ziołami. Swoją drogą, miałem okazję kilka razy pić napar z piołunu, ponieważ jest to ziele zalecane na bóle żołądka. Był gorzki jak diabli. 


I tutaj dochodzimy pomalutku do sedna. Warszawski Browar Bazyliszek sprzedaje piwa tylko w formie beczkowej, a poza tym jego dystrybucja skupia się głownie na Warszawie. Z pomocą przyszedł mi sklep PiwPaw, który sprzedaje piwa lane z beczek do butelek PET drogą internetową. Jest to część działalności PiwPaw jako multitapu, mogącego pochwalić się 57 kranami. Nigdy tam nie byłem, więc o tym podmiocie mogę wypowiadać się tylko w kontekście usług sprzedaży internetowej. Po zamówieniu piw (oprócz „American Psycho IPA”, zamówiłem także dwa piwa z  zielonogórskiego Minibrowaru Haust – „Skrill ESB” i „Kazbek Pale Ale”), już po kilkudziesięciu minutach otrzymałem maila powiadamiającego mnie o wysłaniu paczki, a na drugi dzień piwa chłodziły się już w mojej lodowce. 


Na czym polega kontrowersyjność praktyki lania piwa w plastikowe butelki? Po pierwsze, plastik nie jest najlepszym tworzywem, przeznaczonym do kontaktu z napojami alkoholowymi, (chociaż są kraje, w których spora ilość piw rozlewana jest do butelek z tego tworzywa). Po drugie, nalewane jest piwo z otwartej beczki czyli nie wiemy ile czasu minęło od otwarcia, (piwo z otwartej beczki szybko sie starzeje), Przy rozlewie istnieje ryzyko utlenienia, naświetlenia, wygazowania i infekcji (w piwowarstwie domowym, czy w przemysłowym, butelki przed rozlewem piwa są sterylizowane). Są browary, które nie zgadzają się na stosowanie tego typu praktyk (rozlew do PETów), bo rozlewają swoje piwa do butelek szklanych i twierdzą, że klient może sobie kupić albo piwo z beczki w pubie, albo butelkowe w sklepie lub pubie, więc po co kombinować? Ponadto, dla browaru jest to o tyle niekorzystne, że nie ma wpływu na jakość swojego produktu sprzedawanego przez inne podmioty, co w przypadku, gdyby piwo okazało się wadliwym, może owocować pretensjami klienta pod adresem browaru, a de facto trudno jest ustalić, na którym etapie coś poszło nie tak np.: mogło dojść do infekcji przy nalewaniu piwa do butelki PET. Innym argumentem „przeciw” jest aspekt wizerunkowy. Piwo po przelaniu z beczki do butelki PET prezentuje się z zewnątrz jak przysłowiowe „siódme dziecko stróża", zwłaszcza, gdy porówna się je z wersją w butelce, która wyjechała z browaru (etykieta, kapsel, spora doza informacji na temat produktu i producenta - przynajmniej z założenia). Piwo przelane w plastik musi być przechowywane w warunkach chłodniczych i dość szybko spożyte - zalecany czas to do pięciu dni od zakupu, czyli niewiele.  


A jakie są pozytywy takiej praktyki? Najważniejszy jest taki, że dzięki temu klient ma możliwość nabycia piw dostępnych tylko w beczkach. W pubie można wypić je na miejscu, dlatego niektórzy podważają sens tego rodzaju działania, ale w sklepie specjalistycznym jest to trudne do zrobienia. Poza tym mówimy o wariancie takim, że klient chce zabrać piwo na wynos. Jeżeli dodać do tego sprzedaż internetową, znacznie zwiększa to dostępność tych piw, które kupić można tylko w dużych miastach. Skoro już mowa o specyfice zakupów przez Internet; piwo musi dojechać do domu, a to znaczy, że „tempus fugit” (czas ucieka) oraz najlepiej dokonywać zamówień uwzględniając warunki termiczne, panujące na dworze podczas transportu (podczas zeszłorocznej fali upałów w sierpniu, takie piwo mogłoby mocno „dostać w kość” przez kilkanaście godzin pobytu poza lodówką). Piwo lane jest do plastikowych butelek, co w jakiś sposób predestynuje je do sprzedaży wysyłkowej, ponieważ jest znacznie mniejsze ryzyko uszkodzenia tego rodzaju opakowania niż w przypadku butelek szklanych (zmora sklepów internetowych z piwem). Kolejnym atutem tego rodzaju opakowania jest jego waga. Jest znacznie lżejsze niż butelki wykonane ze szkła. Jeszcze innym pozytywem jest to, że można sobie wziąć takie piwo z pubu na wynos, gdy wiemy, że już na dzisiaj wystarczy, ale jest sporo nowości na kranach, duży ruch i nie wiemy, czy do jutra coś by się nam ostało z tego, co w danej chwili nas interesuje z oferty pubu. Taką butelką na wynos z ciekawym piwem można na przykład podziękować kierowcy, który odwozi nas do domu po piwnym maratonie, albo zakupić jako podarunek dla kogoś, komu wiemy, że dane piwo będzie smakować, a pub sprzedaje je tylko w wersji beczkowej. 


Dla mnie, zakup piwa tą drogą okazał się być może jedyną opcją, by skosztować je bez konieczności wyjazdu do Warszawy. Pora przekonać się, jak smakuje „American Psycho IPA". 


Podoba mi się sama nazwa tego piwa, kojarząca mi się z filmem „American Psycho”, nawiązująca do psychoaktywnych właściwości piołunu. Sama etykieta jest bardzo psychodeliczna, ale jednocześnie kolorowa, nad wyraz nierealna, nasuwająca skojarzenia z narkotyczną wizją albo jakimś senny majakiem. Dopóki browar nie zacznie warzyć piw „u siebie", nie ujrzymy jej na szklanych butelkach. Te, widoczne na fanpage’u browaru to materiały promocyjne.  


Producentem piwa jest Warszawski Browar Bazyliszek, który uwarzył swoje piwo w Browarze „Trzy korony” w Puławach. Jego ekstrakt początkowy wynosi 15,5 st. Blg, a zawartość alkoholu - 6% obj. Skład tego piwa stanowią: słody (Pale Ale, Pilzneński, Pszeniczny, Monachijski, Cara Gold), chmiele: Magnum (goryczkowy), Tomahawk (goryczkowo-aromatyczny), Centennial, Simcoe, Citra (aromatyczne), drożdże: Wyeast 1217 West Coast IPA. Innym i nadającym temu piwu nutę tajemniczości komponentem jest gruit - własna kompozycja ziołowa, nawiązująca do receptury „Zielonej Wróżki" z początku XX wieku. Piwo jest niepasteryzowane i niefiltrowane. Wartość IBU wynosi 60, ale z uwagi na obecność piołunu, relatywne odczucie goryczki może być wyższe (piołun podnosi goryczkę, ale nie współczynnik IBU). 


Po otwarciu butelki wydobywa się z niej słodowo-chmielowy aromat. Słód przejawia się zapachem zboża, biszkoptu i karmelu, a chmiele dają o sobie znać poprzez owocowo-żywiczne aromaty (dominujące są nuty mango, grejpfruta i pomarańczy), do tego dochodzi wyraźny aromat ziołowo-trawiasty. Po przelaniu do szkła, ukazuje się trunek o barwie ciemnego złota. Patrząc pod światło, widoczne jest wyraźne zmętnienie. Piana na piwie jest biała, wysoka, ziarnista i trwała. Bardzo ładnie krążkuje na ścinkach pokala. Aromat po przelaniu nie zmienia się, jest już jednak trochę mniej skondensowany i wyrazisty. Brak nut, które zniechęcałyby do sięgnięcia po pierwszy łyk. W smaku na początku jest dość słodkie, ale nie intensywnie,  karmelowe. Aromat słodu szybko ustępuje miejsca chmielowości, która jest – jak w aromacie – owocowo-żywiczna (cytrusowa). Na końcu do głosu dochodzi piołun. Goryczka, która przez cały czas jest wyraźna i wysoka, staje się trochę tępa, zalegająca i ściągająca. Finisz chmielowo-ziołowy. Wysycenie tego piwa jest niskie.  


Konkludując spotkanie z „American Psych IPA”, uważam je za ciekawy pomysł, który doczekał się udanej realizacji połączenia „starego z nowym”. Wydaje się być dość zbilansowane, zważywszy na to, że użycie piołunu mogło się okazać „gwoździem do trumny”. W tym miejscu rodzi się pytanie – czy piwo jest przekombinowane? W moim odczuciu - nie, ale na pewno znajdą się osoby, którym obecność piołunowej goryczki będzie przeszkadzać, ponieważ jest ona wyraźnie wyczuwalna (mocniej niż w gruicie z Browaru Kormoran). Uważam to piwo za pijalne, cechuje je wyraźny aromat jankeskich chmieli, choć nie tak wyraźny, jak na przykład w piwie „Grand Prix” z Browaru Ciechan. Unikatowość jego polega na tym, że to piwo, które nie jest reprezentantem konkretnego stylu, a pewnie gdyby była to kolejna AIPA, to niespecjalnie byłbym nim zainteresowany. Jedyną wadą tego piwa jest to, że zalegająca goryczka wzmaga chęć na kolejnego łyka. Problematyczny może okazać się moment, gdy zabraknie piwa w kuflu. A po wtóre, nie należy mylić tego stanu rzeczy z sesyjnością. Ale taki jest już urok tego piwa. Myślę, że warto spróbować i samemu się przekonać, czy to dobry eksperyment.


Jeśli chodzi o zakupy piwa lanego w plastikowe butelki i dostarczanie ich za pośrednictwem firmy kurierskiej, powiem tak: nie „naciąłem się”. Mam świadomość, że piwo nalane prosto z beczki i wypite w trakcie kilkunastu minut po jego przelaniu do kufla mogłoby smakować nieco lepiej/inaczej, ale nie sądzę, żeby podróż, czy naczynie, w którym je dostarczono sprawiło, że pogorszyła się jego jakość. Nie natknąłem się na piwa odgazowane, czy jakieś nieprzyjemne nuty w smaku i/lub zapachu. Niemniej, jestem świadomych pewnych mankamentów i niedoskonałości zakupów piwa w taki a nie inny sposób. Dodam tylko, że nie zwlekałem specjalnie długo ze spożyciem zamówionych piw. Ostatnie z nich wypiłem na piąty dzień po rozlewie. Co do piw z Minibrowaru Haust, „Skrill ESB” niespecjalnie przypadł mi do gustu, bo bardziej przypominał Irish Red Ale niż Extra Special Bittera, a „Kazbek Pale Ale” okazał się bardzo dobrym i lekkim piwem. Uważam, że zakup piwa przez Internet w plastikowych butelkach to dobra opcja, zwłaszcza, gdy mieszka się w kilkutysięcznej miejscowości, w której wybór piw na sklepowych półkach jest o wiele bardziej ograniczony i najczęściej sprowadza się do produktów koncernowych. Niemniej, należy być świadomym tego, że decydując się na takie zakupy należy być świadomym tego, że są one obarczone pewnym ryzykiem, by potem nie mieć pretensji do garbatego o proste dzieci.       

wtorek, 14 maja 2013

Piwo w hołdzie Mikołajowi Kopernikowi


Rok 2013 jest „Rokiem Mikołaja Kopernika”, ponieważ w tym roku przypada 540 rocznica urodzin i jednocześnie - 470 śmierci, człowieka, o którym Jan Kochanowski powiedział „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, polskie go wydało plemię”. Z tej okazji Browar Kormoran postanowił wypuścić na rynek gruit lawendowy, do którego uwarzenia inspiracją była autentyczna historia z życia sławnego polskiego astronoma. W historii tej rolę odegrało piwo lawendowe, którym opłacano donosiciela szpiegującego Kopernika na polecenie biskupa warmińskiego. Drugą okazją dająca pretekst do uwarzenia unikalnego piwa jest świętowanie w tym roku przez olsztyński browar dwudziestej rocznicy powstania. 

Pomysłodawcą piwa jest Paweł Błażewicz z Pracowni Kopernikańskiej Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Producent nie ukrywa, że piwo nie jest rekonstrukcją, tylko luźnym nawiązaniem do historycznego stylu gruit, który był bardzo popularny zanim chmiel jako przyprawa do piwa zyskał monopol w piwowarstwie. W dawnych czasach gruit był też dobrym „planem awaryjnym”, gdy zbiory chmielu okazały się niewystarczające. „Gruit Kopernikowski” powstał w oparciu o informacje zawarte w znajdujących się w Muzeum źródłach historycznych.

Czym jest gruit? Jest to piwo, do którego przyprawiania używa się innych ziół niż chmielu. Najczęstszymi przyprawami stosowanymi w dawnych czasach (niektóre z nich używane są po dzień dzisiejszy) były: woskownica europejska (w Polsce obecnie zagrożona wyginięciem), bylica pospolita (zmora wielu alergików), jagody i gałązki jałowca (w Finlandii do dziś przetrwała tradycja warzenia jałowcowego piwa sahti, zwanego przez niektórych „prapiwem”), bluszczyk kurdybanek (zwany tez bluszczykiem ziemnym), szanta, krwawnik pospolity, wrzos zwyczajny i lawenda. Czasem sięgano po jagody, lulek czarny (roślina o działaniu halucynogennym, w większych dawkach stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia),  a także cynamon, imbir, goździki. Każdy producent piwa posiadał swoją własną recepturę, według której nadawał swemu wyrobowi niepowtarzalny smak.

 Najprawdopodobniej do popularyzacji chmielu przyczyniły się w wielu krajach uregulowania prawne np.: Bawarskie Prawo Czystości z 1516 roku, według którego do produkcji piwa można było używać tylko trzech składników tj.: wody, słodu jęczmiennego i chmielu. Innym przykładem może być edykt króla francuskiego Ludwika IX Świętego wydany w 1260 roku nakazujący używanie do produkcji piwa tylko chmielu. Niektórzy historycy uważają, że za chmielem mógł opowiadać się Kościół (a opactwa w tamtym czasie miały znaczny udział w produkcji piwa) z uwagi na uspokajające działanie chmielu, którymi nie mogą poszczycić się inne dodatki stosowano zamiast niego a popularne w gruitach. Na pewno nie bez znaczenia były w owych czasach, kiedy nie znano współczesnych metod utrwalania piwa, właściwości bakteriostatyczne chmielu, nie pozostające bez wpływu na jego dłuższy czas przydatności do spożycia. Dobrym przykładem może być styl India Pale Ale, który warzyli Anglicy z użyciem sporej dawki chmielu, aby piwo podczas podróży do Kompanii Indyjskiej zachowało świeżość. Tak czy owak, gruit, który kiedyś był podstawą piwowarstwa zatracił swoje znaczenie.

W latach 90-tych XX wieku niektóre browary postanowiły „powrócić do korzeni” warząc własne gruity. Przykładem może być Williams Bros Brewing Co. ze Szkocji. Browar ten posiada w swojej ofercie dwa piwa wzorowane na dawnych szkockich gruitach. Pierwszym z nich jest ALBA. Piwo z dodatkiem sosnowych i świerkowych gałęzi, a także woskownicy europejskiej, co prawda posiada w składzie chmiel, ale jest on niewyczuwalny. Piwo posiada mocno słodki i żywiczny aromat. Jest bardzo mocne i pije się z dość dużym trudem z uwagi na ulepkowość i dużą zawartość alkoholu (ponad 9% objętościowo). Drugim piwem z tego browaru jest wrzosowy ale FRAOCH. Oprócz wrzosu do przyprawienia tego piwa górnej fermentacji użyto także woskownicy europejskiej. O ile poprzednieo opisane piwo posiada bardzo wyrazisty, choć dość ciężki smak, w przypadku tego produktu braci Williams można mówić o kwiatowym aromacie, ale smak całościowo wydaje się być nijaki i wodnisty. Ale na pewno o wiele przyjemniej się FRAOCH’a pije…

Skoro już pozwoliłem sobie na różnego rodzaju dygresje przed przejściem do meritum, w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że podoba mi się pomysłowość Browaru Kormoran, która nie polega na wypuszczaniu kolejnych, nijakich lagerów, ale poszukiwanie inspiracji do nowych piw i brak obaw przed ryzykiem związanym z eksperymentami. O ile ichni „Weizenbock” jest naprawdę dobry, o tyle piwo „Orkiszowe z Czosnkiem” to już w mojej opinii nieco mniej udany wyrób. Ale browarowi należy się szacunek za chęci i ciekawe pomysły. O jakości piwa z Olsztyna świadczyć może wiele nagród, którego otrzymał jego producent (w tym European Beer Star za „Porter Warmiński”). Miałem okazję posmakować kilku piw z tego browaru („Rześkie”, „Świeże”, „Irish Beer”, „Krzepkie”, „Kormoran Jasny”, „Wiezenbock”, „Orkiszowe”)  i uważam, ze było warto. Cieszy mnie też, że ich Kormoran Jasny poprawił się w odniesieniu do poziomu goryczki w smaku (z czym wcześniej było raczej nienajlepiej). Z niecierpliwością czekam na kolejne piwa z serii „Podróże Kormorana”. W ofercie tego browaru każdy znajdzie coś dla siebie.  

Co do naszego rodzimego piwa bezchmielowego… Opakowanie zdobi ładna etykieta o ciekawej kolorystyce z postacią Mikołaja Kopernika oraz jeszcze dwoma męskimi personami (być może to bohaterowie historii przytoczonej na stronie Browaru Kormoran, będącej inspiracją do powstania tego piwa). Krawatka informuje, że to piwo to jeden ze specjałów uwarzonych przez olsztyński browar. Na kontretykiecie spora doza informacji istotnych z punktu widzenia konsumenta.

Dane szczegółowe:
Producent: Browar Kormoran sp. z o.o.
Nazwa: Gruit Kopernikowski.
Styl: gruit.
Ekstrakt: 12,5% wag.
Alkohol: 4,5% obj.
Skład: woda, słód jęczmienny i pszeniczny, drożdże, lawenda (0,3%), jałowiec, piołun.
Filtracja: nie.
Pasteryzacja: tak.


Barwa: miodowa, mętna.
Piana: biała, wysoka, szybko opadająca, składająca się ze średniej wielkości pęcherzyków.
Zapach: dominują lawenda, goździki, aromat słodu pszenicznego, wyrazista ziołowość, trochę cierpka i kwaskowa.
Smak: bardzo bogaty, wyczuwalny aromat słodowy (zwłaszcza pszeniczny), wyraźny akcent lawendowy, towarzyszy jemu aromat goździków, w tle wyczuwalna goryczka, ale zupełnie inna od tej chmielowej (piołun), jest przyjemna, ale dość mocno zaakcentowana, goryczka ta jest mocno ziołowa, trochę ściągająca, ale nietrwała. Po  przełknięciu, w ustach pozostaje raczej słodkawy aromat pszenicznego słodu. Obok goryczki lekka żywiczność (myślę, że pochodząca od jałowca). W miarę ogrzewania się piwa aromat jałowcowy staje się coraz wyraźniejszy i przeplata się z aromatem, jaki daje piołun.  
Wysycenie:  poniżej średniego.



 Cieszę się, że dane mi było posmakować tego piwa. Jest bardzo ciekawe w smaku i jednocześnie specyficzne. Brak chmielu bardzo ciekawie nadrobiono dodaniem piołunu i jałowca. Ciekawa goryczka o zupełnie innym charakterze. Sam smak piwa jest według mnie zrównoważony pomiędzy goryczą pochodzącą od użytych ziół, a słodkim, słodowym akcentem. Piwo bardzo pijalne i aromatyczne (w smaku wyraźnie czuć lawendę i goździki, a także posmak żywiczny). Jak dla mnie – bardzo udany i nietuzinkowy produkt. Dodatkowym plusem jest niska zawartość alkoholu i brak jego aromatu w smaku i zapachu. Chciałbym, żeby gruit zagościł na dobre w ofercie Browaru Kormoran. Dobra robota. Szacunek za podjęcie się uwarzenia czegoś tak nietypowego a jednocześnie bardzo pijalnego i smacznego. Czapki z głów!

Moja ocena: 4,5/5.