UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jasny lager. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jasny lager. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Piwo „Fucking Hell”, czyli pomysłowy marketing



Wśród piw są takie, które stanowią obiekt pożądania piwoszy, czy cieszące się statusem kultowych. Istnieją też takie, które piwosze omijają, wiedząc, że i tak nic nie wniosą do ich życia. Inną jeszcze kategorię, stanowią takie, względem których konsument nie oczekuje wiele, ale chętnie się z nimi styka (przeważnie jednorazowo) dla zaspokojenia własnej ciekawości. Myślę, że dzisiejsze piwo należy do tej trzeciej kategorii.

„Fucking Hell” to marka, wokół której zrobiło się głośno już w momencie zadeklarowania przez jej pomysłodawców, zamiaru stworzenia całej gamy produktów pod jej egidą. Piwo stanowi swego rodzaju ciekawostkę, z uwagi na kontrowersyjne brzmienie jego nazwy w krajach anglojęzycznych, a jak wiadomo, angielski to lingua franca dzisiejszych czasów, więc sporej liczbie ludzi piwo może kojarzyć się bardziej za angielskim zwrotem uznanym za nieparlamentarny niż jasnym piwem z austriackiej wsi Fucking.

Chcąc nakreślić w telegraficznym skrócie istotę sprawy, należy zacząć rzecz od pewnej austriackiej wsi. Wieś ta znajduje się w rejonie tego kraju zwanym Górną Austrią. Zamieszkuje ją około 100 mieszkańców, a jej nazwa – Fucking – wywodzi się od nazwiska jej założyciela. Pierwsze wzmianki o tej osadzie pochodzą z 1070 roku, choć nazwa wsi ewoluowała z czasem, aż przybrała obecną formę. Do rozgłosu wokół tej małej miejscowości przyczyniła się II wojna światowa i „odkrycie” jej przez alianckich żołnierzy. Od tego czasu turyści zwłaszcza z Wielkiej Brytanii i USA odwiedzają wieś, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przy tablicy informującej o nazwie tego miejsca. Z resztą, owe znaki informacyjne często w przeszłości padały ofiarą kradzieży, przez co lokalne władze postanowiły zastosować tablice informacyjne wbetonowane w ziemię i trwale przyspawane, by łowcy pamiątek poniechali kolejnych prób ich przywłaszczenia. Mieszkańcy Fucking są znudzeni i zirytowani tego typu turystyką, ale duma i przywiązanie do nazwy miejscowości, w której zamieszkują sprawiają, że o zmianie nazwy nikt tam nie chce słyszeć.

A co ma piernik do wiatraka? Już wyjaśniam. W 2009 roku dwójka niemieckich biznesmenów, zgłosiła do Urzędu ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego wniosek o zastrzeżenie marki „Fucking Hell” w ramach, której miały być wytwarzane produkty spożywcze oraz konfekcyjne. Urząd wniosek odrzucił, ale pomysłowi panowie nie dali za wygraną i odwołali się od decyzji urzędników. Twórcy projektu argumentowali, że nazwa odnosi się do austriackiej miejscowości Fucking, a „hell” to niemieckie określenie jasnego piwa. Linia argumentacji przedsiębiorców przekonała unijnych urzędników, którzy w końcu zgodzili się, by taka nazwa została zastrzeżona. W uzasadnieniu swojej decyzji, stwierdzono, że nazwa marki nie jest obraźliwa, lekceważąca, nikomu nie urąga i nie nakłania do czynów zabronionych. Ciekawe jest to, że mieszkańcy Fucking dowiedzieli się o tej inicjatywie z mediów, Berlińska spółka Fucking Hell Gmbh & Co. Handels KG nie dysponowała zapleczem, które pozwoliłoby na produkcję piwa, ale szybko znaleziono partnera, u którego można było zakontraktować produkcję. Piwo spod tej marki warzone jest w browarze Privatbrauerei Waldhaus Joh. Schmid GmbH, znajdującym się w rejonie Niemiec znanym jako Schwarzwald. Piwa z tego browaru zdobyły wiele prestiżowych, międzynarodowych nagród, takich jak European Beer Star i World Beer Award, a także sporo nagród i wyróżnień na rynku krajowym.  Pierwsze butelki „Fucking Hell” pojawiły się na rynku w 2010 roku i obecnie piwo sprzedawane jest na terenie całych Niemiec oraz poza ich granicami.

Nikt nie wierzy w dobre intencje twórców marki i ich odwoływanie się do wielowiekowej historii austriackiej wsi Fucking. Wiadomo, że ludzie są ciekawi i coś takiego kupią, Turyści (zwłaszcza anglojęzyczni) niczego nieświadomi – ujrzą nazwę, zrobią duże oczy i… nabędą piwo dla siebie a i pewnie jeszcze kilka butelek zabiorą ze sobą, by po powrocie z wakacji pochwalić się znajomym, jakie to cudo znaleźli i pili. Z resztą, sam piję to piwo z czystej ciekawości, choć nie nastawiam się na szczególne doznania związane z jego degustacją. Mam tu na myśli fakt, jak daleko jest w stanie się posunąć firma sprzedająca piwo, by zapewnić sobie zbyt i rozgłos, bo – mam wrażenie -, że nie o piwo tu chodzi, ale bardziej o postępowanie według maksymy, której hołduje wielu celebrytów, a mianowicie „nie ważne jak, byle by mówili”.  Dodatkowo, producent łechce konsumenta deklaracjami, że „Fucking Hell” to więcej niż piwo i tylko wyjątkowi ludzie po nie sięgają. Z resztą, na naszym rynku też jest kilka takich „marketingowych perełek”, odwołujących się do patriotyzmu lokalnego mieszkańców czy ciekowości niczego nieświadomych turystów. Zorientowani w temacie wiedzą jakie piwa mam na myśli.  

Opakowanie to zielona butelka o pojemności 330 mililitrów. Na etykiecie znajduje się wizerunek anioła szamoczącego się z diabłem. Na „kontrze” podano zawartość alkoholu, skład i informację o zgodności piwa z Bawarskim Prawem Czystości. Brak imiennego kapsla.


No to… po piwku!

Dane szczegółowe:
Producent: Fucking Hell Gmbh & Co. Handels KG.
Nazwa: Fucking Hell.
Styl: jasny lager.
Ekstrakt: nie podano.
Alkohol: 4,9% obj.
Skład: woda, słód jęczmienny, chmiel.
Pasteryzacja: tak.
Filtracja: tak.

Barwa: jasnozłota, idealnie klarowna.
Piana: biała, dość wysoka, drobnopęcherzykowa, jednak nietrwała, szybko opada i redukuje się do zera. Lekko odznacza się na szkle i głośno syczy.
Zapach: jasny słód, nuta siarkowa, aromat chmielu (trawiasty), DMS (kukurydziany), w zapachu przewija się dosyć nieprzyjemny aromat stęchlizny – to jest cos innego od „aromatu zielone butelki”, ale nie potrafię tego jednoznacznie określić (być może to aromat starego chmielu).
Smak: przede wszystkim słodowość z domieszką miodowej słodyczy i wyraźna, ale niewysoka trawiasta goryczka. W smaku wyczuwalny jest akcent siarkowy oraz minimalna metaliczność. Finisz wytrawny, chmielowy. Brak dwuacetylu.
Wysycenie: średnie.

„Fucking Hell” to piwo pijalne, które nie męczy ani nie zniechęca do kolejnych łyków. Jest lekkie i rześkie. W odniesieniu do haseł głoszonych przez jego twórców oraz medialnego szumu wokół piwa spod tej marki, nazwałbym je „przerostem formy nad treścią”. Owszem, prezentuje się bardzo ładnie po przelaniu do szkła, chociaż nietrwałość piany rozczarowuje. W zapachu najbardziej drażni wyraźny aromat stęchlizny. W smaku piwo jest całkiem przyjemne, ale niczym nie zachwyca. Jest to jansy lager, jakich jest wiele na niemieckim rynku. Broni go trochę wyraźna, ale nieszczególnie wysoka goryczka jak na tego typu piwa. W mojej ocenie bliżej temu piwu do pilznera niż do Hellesa. Poza tym jego smak jest całkiem wyrazisty, a nie wodnisty. Summa summarum, „Fucking Hell” jest lepsze niż przeciętne i tylko tyle. Ja mam tę satysfakcję, że teraz będę się wszędzie chwalił, że piłem „Fucking Hell” (w ramach zbierania punktów lansu). Żartuję. Można spróbować, jeśli ktoś z Was ma taką ochotę, ale w tej cenie (8 PLN) można kupić o wiele ciekawsze piwa.   

Moja ocena: 3,25/5.

P.S.: W Bawarii znajdują się jeszcze dwie inne miejscowości o ciekawych nazwach, mianowicie Kissing i Petting. Ciekawe, kiedy nimi się ktoś zainteresuje i „zadedykuje” im swoje piwa. 


środa, 4 września 2013

Kocour Haka NZ Lager, czyli nieudany eksperyment


W dobie popularności amerykańskiego chmielu, chmiele z innych stron świata pozostają zepchnięte na drugi plan. Piwem, które będzie gwoździem programu w tym wpisie jest lager chmielony nowozelandzką odmianą chmielu Motueka.  Piwo Kocour Haka NZ Lager jest produktem pochodzącym z browaru Pivovar Kocour, którego założycielami są Josef Šusta i Honza Kočka.



Browar ten powstał w 2008 roku i postawił sobie za cel pokazanie konserwatywnemu, czeskiemu konsumentowi, że piwo nie ogranicza się tylko do tradycyjnych „ležaków”. Co prawda w ofercie browaru znajdują się pozycje określano jako „piwa typu czeskiego”, ale tuż obok nich znajdziemy style egzotyczne na czeskim rynku piwnym, takie jak: American Pale Ale, stout, Rauchbier, India Pale Ale, a nawet piwo grodziskie. Jak widać sporą część produktów z tego browaru stanowią piwa górnej fermentacji, która nie jest powszechną w Czechach praktyką piwowarskiego rzemiosła. Browar mieści się w miejscowości Varnsdorf, położonej w kraju usteckim, niedaleko granicy z Niemcami. O dużej popularności piw z tego browaru w naszym kraju może świadczyć fakt, że jako jeden z niewielu czeskich browarów posiada polską wersję  językową swojej strony internetowej. Minusem z kolei jest fakt, że strona posiada dość skąpe informacje na temat samego browaru i asortymentu, których sposób rozbudowania i prezentacji jest nieco inny dla każdej wersji językowej tejże strony.

Co do samej nazwy piwa „haka”, jest to określenie zbiorowych tańców plemiennych, które wpisane są w tradycję nowozelandzką i pewnych regionów Oceanii. Pełniły one funkcję integrująca plemię oraz ekspresyjną (wyrażać mogły podziękowanie, powitanie, pożegnanie, chęć demonstracji siły i odstraszenia potencjalnego wroga, etc). Oto przykład takiego tańca:



Etykieta jest schematyczna jak na piwa z tego browaru. Logo z zarysem sylwetki kota oraz nazwa są wytłuszczone na czarno i znajdują się na jasnopomarańczowym tle. Po obu stronach etykiety znajdują się brązowe pola z informacjami na temat piwa. Graficznie nie jest to majstersztyk, ale rzuca się w oczy, a to wyróżnia te piwa na półkach sklepowych i nie sposób pomylić ich z niczym innym, bo jednoznacznie definiują, kto jest ich producentem.

Dane szczegółowe:
Producent: Pivovar Kocour Varnsdorf s.r.o.
Nazwa: Haka NZ Lager.
Styl: jasny lager.
Ekstrakt: 13% wag.
Alkohol: 5,6% obj.
Skład: woda, słody jęczmienne, chmiel (Mouteka), drożdże.
Pasteryzacja: nie.
Filtracja: nie.

Barwa: złota, przechodząca w brązową, mętna.
Piana: biała, wysoka, ziarnista, raczej trwała, oblepiająca szkło.
Zapach: aromat jasnych słodów jęczmiennych z wyraźną chlebowością, do tego wyraźna nuta owocowa (dominują cierpkie owoce: truskawki, porzeczki, wiśnie, ale także te bardziej egzotyczne, mianowicie kiwi i limonka).
Smak: podobnie jak w przypadku zapachu, na początku wyraźna, chlebowa słodowość szybko ustępuje miejsca wytrawnemu posmakowi owocowemu (mieszanka wiśni, truskawek, porzeczek, limonki i kiwi). Goryczka jest niewysoka, trawiasta i płytka. Finisz trawiasto-owocowy i wyraźnie wytrawny.
Wysycenie: średnie.

Byłem ciekaw, co wyjdzie z tego eksperymentalnego piwa i muszę przyznać, że to nie był udany eksperyment. Po pierwsze, już sam zapach zwiastuje dość wytrawny i owocowy trunek. Z uwagi na aromaty owocowe piwo to smakowo bardziej przypomina ale niż lagera. Jest mocno wytrawne i pije się je dość ciężko. W miarę ogrzewania się napoju, coraz bardziej wyczuwalny staje się gryzący alkohol (fuzle). Spodziewałem się mocniejszej goryczki. Aromat chmielu jest zauważalny, ale w żaden sposób nie kontruje słodowości. Ja drugi raz się na tego lagera nie skuszę. Nie polecam. Poza tym posmak, jaki daje odmiana chmielu użyta w piwie, to kolejny argument będący wodą na młyn dla miłośników chmielu z USA, który i w mojej ocenie jest lepszy. Z drugiej strony, jeśli komuś smakują owocowo-kwaskowe napoje, to być może Haka przypadnie takiej osobie do gustu.   

Moja ocena: 2,5/5. 



środa, 14 sierpnia 2013

Powrót marki „10,5”.


Kilka tygodni temu natknąłem się na informację głoszącą, że planowany jest przez KP S.A. powrót do produkcji marki piwa kojarzonej z latami 90-tymi ubiegłego wieku. Osobiście byłem po trosze ciekaw, co z tego wyjdzie, ale wrodzony sceptycyzm automatycznie nasuwał mi myśl stanowiącą jeden z filarów filozofii Heraklita z Efezu, mianowicie „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Jeszcze inną sprawą jest fakt, że gdy marka „dziesięć i pół” święciła swoje sukcesy na rynku, byłem wtedy kilkuletnim dzieckiem i, co naturalne, nie interesowałem się piwem. Z tego powodu moje emocjonalne podejście w tej sprawie jest praktycznie równe zeru, a jedyną motywacją skłaniająca mnie do spróbowania tego piwa jest czysta, konsumencka ciekawość, nie zaś żaden sentyment, tęsknota za czasami minionymi, itd. Z owego okresu pamiętam tylko, że mój Tata lubił raczyć się tym piwem. 

Wśród polskich konsumentów piwa zauważalny jest pewien sentyment i tęsknota za markami piw, których już nie ma na rynku („Grodziskie”, „10,5”, „EB”). Z marketingowego punktu widzenia, takie posunięcia jak reaktywacja piwnych marek (casus „10,5’), czy dystrybucja innych na polski rynek (casus EB, które cały czas jest produkowane w Elblągu, jednak całośc produkcji przeznaczona jest na ksport) wydaje się być jak najbardziej zasadny z dwóch powodów. Po pierwsze – skoro ludziom tego brakuje, to dlaczego nie dać im czego pragną? Znajdzie się sporo osób z przedziału wiekowego 30-40 lat, dla których owo piwo budzić będzie skojarzenia z młodością i wszelkimi jej uciechami. Po wtóre Polacy coraz bardziej interesują się piwem, wzrasta jego konsumpcja z uwagi na zmianę nawyków konsumenckich (mniejsze spożycie wysokoprocentowych napojów alkoholowych, a zwiększone – piwa).

Sama nazwa piwa odnosi się do zawartości ekstraktu. Zatem z założenia jest to piwo lekkie. Sytuacja z powrotem tej marki na rynek wygląda w sposób następujący. Piwo pojawiło się w sklepach „cichaczem”, bez spotów reklamowych, etc (z czasem sprawę nagłośniły gazety i portale internetowe). Trafiło do niewielkich sklepów, w których można nabyć je tylko w puszce. Liczba piw jest ograniczona i dalsze losy marki zależeć będą od tego, jak zostanie ona przyjęta przez konsumentów. Na pewno minusem piwa jest cena plasująca się w okolicach 4 złotych za puszkę, co daje do myślenia, bo skoro piwa produkowane przez KP S.A. mogą kosztować o 25% mniej, to dlaczego 10,5 jest droższe? Czyżby była to cena wspomnień i sentymentów?  

Puszka swym wyglądem nawiązuje do opakowań tego piwa sprzed kilkunastu lat. Jest złoto-czarna, a napisany na niej zamieszczono czcionką, przypominającą tę z dokumentów i publikacji pisanych na maszynie. Widniejące na opakowaniu hasło „welcome to the club” to odniesienie do jednego z głównych sloganów kampanii reklamowych piwa z polowy lat 90-tych minionego stulecia. Poza tym kilka frazesów o tym, że piwo „jest przyjazne dla szaleństwa”, itp. Z rzeczy typowo dzisiejszych na pewno warto zwrócić uwagę na skład, z którego dowiemy się, że ów napój… „zawiera słód jęczmienny”. Nie wydaje mi się to dobrym posunięciem w czasach, gdy świadomość konsumencka jest coraz większa…

Dane szczegółowe:
Producent: Kompania Piwowarska S.A.
Nazwa: 10,5.
Styl: jasny lager.
Alkohol; 4,7% obj.
Ekstrakt: 10,5% Blg.
Skład: nie podano (zawiera słód jęczmienny).
Filtracja: tak.
Pasteryzacja: tak.

Barwa: złota, idealnie klarowna.
Piana: biała, dość wysoka, o średniej wielkości pęcherzykach, które szybko rozpadają się, przez co piana szybko opada i redukuje się praktycznie do zera.
Zapach: aromat jasnego słodu, lekki akcent tostowy, za nim diacetyl i DMS (gotowana kukurydza). Daleko w tle majaczy ziemista chmielowa nuta, ale bardzo mocno przytłoczona przez aromat dimetylosiarczku.  
Smak: słodowy, z lekkim posmakiem tostowego chleba, do tego dochodzi słodycz, która jest bardzo mocna jak na tak lekkie piwo. Na finiszu ziemisty akcent chmielowy, ale bardzo delikatny i nie wnoszący do smaku goryczki, która mogłaby stanowić przeciwwagę dla słodkiego smaku. W tle przewija się akcent metaliczny.  
Wysycenie: niskie.

Ogólne wrażenie mocno na minus. Jedynym plusem piwa jest jego ładna i klarowna barwa. Poza tym piana szybko znika, zapach piwa zdominowany jest przez DMS a w smaku dominuje słodycz, która nasuwa skojarzenia z piwami z regionu śródziemnomorskiego. Brak goryczki (występuje tylko ziemisty aromat chmielowy na finiszu). To, co odróżnia to piwo od lagerów z wyżej wymienionego regionu to brak mocno wyczuwalnych estrów. Smak piwa mało treściwy i wodnisty. Nie moja bajka… Poza tym proporcja ceny do jakości w mjej opinii jest mocno zaburzona.

Moja ocena: 2,5/5.



czwartek, 18 lipca 2013

Husyckie, czyli gość specjalny na blogu


Jedno z urodzinowych piw, które jest dla mnie szczególne. Jakiś czas temu opisywałem piwo „Maćkowe”. Piwo szczególne o tyle, że pasujące do mojego imienia. I na tym listę szczególności tego lagera bym zakończył…

O fakcie istnienia piwa „Husyckiego” dowiedziałem się w 2011 roku i bardzo mnie zaintrygowało z uwagi na fakt, że pasuje do mojego nazwiska „jak ulał”. Jako dowód odsyłam do tej zakładki na fanpage’u.

Piwo zostało uwarzone na zlecenie hurtowni Zofmar-Bis s.c. z siedzibą w Łodzi. Nie jest to pierwsze piwo warzone na zamówienie tej firmy. Inne produkty „własne” tej hurtowni to „Przaśne” uwarzone przez Browar Kormoran, „Pyszne”, którego wytwórcą jest  Browar Zamkowy w Raciborzu. Kolejnym piwem określanym jako „firmowe” jest  „Łódzkie Akademickie”, produkowane tam, gdzie „Pyszne”.

Co do „Husyckiego”, dzisiejszego bohatera, zostało ono uwarzone przez Pivovar Rohozec, znajdujący się w miejscowości Malý Rohozec pod Turnovem, malowniczym miasteczkiem, usytuowanym niedaleko granicy z Polską (w libereckim kraju samorządowym). Historia browaru rozpoczyna się w roku 1836, kiedy to Ferdynand Unger odkupił Malý Rohozec od poprzednich właścicieli za sumę 30 000 złotych. W momencie zakupu, rozważano możliwość założenia we wsi browaru, zwłaszcza, że w okolicy istniało już kilka dużych, dobrze prosperujących zakładów piwowarskich jak na tamte czasy. Budowa browaru przeciągnęła się w czasie i rozpoczął on swoja działalność dopiero 10 lat po odkupieniu przez Ungera wsi Malý Rohozec. Browar funkcjonował jako gospoda serwująca własne piwo.  Rodzina Ungerów zajmowała się interesem do 1906 roku. W latach 1907-1910 lokalnie karczmarze wystąpili z propozycją zbudowania jednego, dużego browaru, którego zadaniem byłoby zaopatrywanie lokalnych gospód w piwo. Istotne były dwie rzeczy: lokalizacja z nieograniczonym dostępem do wody oraz fundusze na zakup ziemi pod browar. Sam Karol Unger (wnuk Ferdynanda) zaoferował sprzedaż swojego browaru. Okoliczni karczmarze zawiązali spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i wykupili oferowany browar. W owym okresie (1907-1910) zabiegano też o poszerzenia grona wspólników, chętnych współfinansować przedsięwzięcie, by potem mieć też udział w zyskach. W 1924 roku spółka „Malý Rohozec u Turnova” został przekształcony w spółkę akcyjną. W latach trzydziestych wydajność browaru wynosiła niecałe 43 tysiące hektolitrów w skali roku, plasując browar na 27. pozycji wśród 328 czeskich browarów. Producent chwali się faktem, że  spośród wielu podmiotów wyprzedzających w tym zestawieniu browar spod Turnova, wiele z nich nie przetrwało próby czasu.

W 1948 roku browar został znacjonalizowany i włączony do związku browarów „Severočeské Pivovary”. Browar został włączony do dużej grupy, funkcjonującej w ramach reguł gospodarki planowej, co łączyło się z dużą niegospodarnością, niedbałością o jakość. W efekcie w latach 90-tych XX wieku, browar stanął na krawędzi bankructwa. W roku 1994 został sprywatyzowany w drodze przetargu publicznego. W 2004 roku browar przekształcono w Pivovar Rohozec, który istnieje do dziś produkując całą gamę piw marki „Skalak”. W skład tej linii produktów wchodzą piwa typowe dla czeskiej kultury piwnej, czyli różne warianty lagera: „dziesiątka’, „jedenastka”, „dwunastka”, „rżnięte”, „ciemne”, piwo lekkie (Podskalak). Obecnie browar zaangażowany jest we wspierani inicjatyw o charakterze kulturalnym i sportowym.

Piwa produkowane w browarze zostały nagrodzone wieloma dyplomami i medalami na konkursach piwnych i wystawach. Piwo sprzedawane jest w całych Czechach, ale także eksportowane do wielu krajów (w tym Polski).

Etykieta tego piwa nie jest jego mocną stroną. Obok nazwy na etykiecie widnieją kłosy jęczmienia, a motywem centralnym jest zaprzężony w konie, ciężki tabor, którego tylne koła lewitują w powietrzu. Nie wiadomo czy wiozący żołnierzy, czy aprowizację dla nich, ale budzi on stricte militarystyczne skojarzenia. Nie dziwota, bo przecież husytyzm przyczynił się (niestety) do wielu konfliktów na tle religijnym w Czechach. Kolory etykiety – czerwony, żółty i zielony tez nie nadają jej unikalnego i wyszukanego charakteru. Problemem jest mikroskopijna czcionka na „kontrze”. Odczytanie informacji tam zawartych to spory wysiłek. Brak imiennego kapsla.

Dane szczegółowe:
Producent: Pivovar Rohozec a.s. na zlecenie Zofmar-Bis s.c.
Nazwa: Husyckie.
Styl: jasne pełne.
Ekstrakt 12% wag.
Alkohol; 5,3% obj.
Skład: woda, słód jęczmienny, cukier, chmiel, ekstrakt chmielowy, isoekstrakt, antyoksydant: kwas askorbinowy.  
Filtracja: tak
Pasteryzacja: tak.

Barwa: ciemnozłota, przechodząca w jasny brąz, przejrzysta, opalizująca.
Piana: śnieżnobiała, wysoka, zwarta, bardzo trwała, tworząca bardzo ładną koronę, mocno krążkująca.
Zapach: aromat jasnego słodu z wyczuwalnym akcentem toffi i maślanym diacetylem. Na drugim planie aromat chmielowy o ziołowym profilu.  
Smak: w smaku dominuje aromat słodowy z akcentem chlebowym, wyczuwalne toffi i aromat maślany. Wyczuwalna nuta metaliczna. Finisz minimalnie chmielowy, z bardzo subtelną goryczką i ziołowym posmakiem.
Wysycenie: niskie.

Bardzo rześki i lekki lager o lekko wodnistym smaku. Smak zdominowany przez aromat słodowy, pochodzący od jasnego słodu z całą gamą pobocznych aromatów (chleba, masła, toffi). Goryczka chmielowa jest minimalna. Piwo sesyjne, skutecznie gaszące pragnienie. Na swój sposób wydaje mi się dobre, ale jest sporo lepszych, smaczniejszych i ciekawszych piw pochodzących z Czech. Smak mąci trochę nuta metaliczna. W smaku brakuje mi głębi i goryczki takiej, jak na przykład w „Primatorze Premium”. To co zasługuje na uwagę to piękna piana, będąca atutem tego lagera. Bałem się, że będzie gorzej…

Moja ocena: 3,25/5.



czwartek, 11 lipca 2013

Książęce Jasne Ryżowe

Kompania Piwowarska S.A. w zeszłym roku wprowadziła na rynek serię piw o nazwie „Kolekcja Rozmaitości”. W skład tego kolekcji weszły następujące pozycje: „Książęce Złote Pszeniczne”,  „Książęce Czerwony Lager”, „Książęce Ciemne Łagodne”. Zimą dostępna była limitowana wersja „Książęcego Korzennego”. Moje odczucia, co do wyżej wymienionych piw są następujące: „Złote pszeniczne” to hybryda lagera z dodatkiem słodu pszenicznego (wynoszącego mniej niż 50% zasypu), który mi osobiście nie smakuje i nie wiem na co to komu, ale nie będę się na ten temat rozwodził; „Czerwony Lager” to ładnie prezentujące się piwo o słabym, słodowo-zbożowym aromacie i wodnistym smaku. Znacznie lepiej prezentuje się „Ciemne Łagodne” o wyraźnym, słodkim smaku, ale nie ulepkowym, posiadającym aromat ciemnych słodów, karmelu z minimalnym akcentem palonego jęczmienia. Dostępna wersja limitowana piwa korzennego okazała się być piwem smacznym, o bogatym korzennym aromacie i słodkim smaku, które było w moim odczuciu „piwem dla wybrańców” z uwagi na specyfikę smaku. Dobre na zimowe wieczory, ale pilo się je z dość dużym trudem (przynajmniej w moim przypadku).

Wiosną tego roku gruchnęła wiadomość, że KP zamierza wprowadzić na rynek nowy produkt i będzie to jasne piwo z dodatkiem ryżu. Tak się złożyło, że zbiegło się to z zapowiedzią Browaru PINTA o planowanej na koniec kwietnia premierze Rice IPA o nazwie „Oto mata IPA”. Część ludzi snuła domysły, że KP postanowiła skopiować pomysł PINTY, ale z tego, co pamiętam Kopyr obalił tę tezę w swoich „Piwnych Newsach” wyjaśniając na czym różni się planowanie premier piwnych w dużych i małych browarach.

Na stronie producenta przeczytać można, że piwo posiada swój unikalny charakter dzięki słodowi pilzneńskiemu, ziarnom białego ryżu i specjalnej mieszance wyselekcjonowanych odmian chmielu, które nadają piwu charakterystyczna goryczkę. Wielu goryczką w swym piwie się chwali a życie i kubku smakowe weryfikują jak to z nią jest…

Oprawa graficzna jest bardzo ładna. Na etykiecie widnieje popiersie mężczyzny (nie wiem czy ów książę to postać historyczna, czy fikcyjna, wymyślona na potrzeby stworzenia tej linii produktów). W tle widoczne są tez kłosy. Jest elegancko i estetycznie. Butelka zdobiona jest tłoczeniami zawierającymi logo marki „Tyskie”. Butelka posiada dedykowany kapsel.

Dane szczegółowe:
Producent Kompania Piwowarska S.A./Tyskie Browary Ksiązęce
Nazwa: Książęce Jasne Ryżowe.
Styl: jasny lager.
Ekstrakt: 11% wag.
Alkohol: 4,5% obj.
Skład: woda, słód jęczmienny pilzneński, biały ryż, chmiele goryczkowe i aromatyczne.
Filtracja: tak.
Pasteryzacja: tak.

Barwa: jasnozłota, klarowna.
Piana: śnieżnobiała, raczej wysoka, drobnopęcherzykowa, dość szybko opadająca i redukująca się do cienkiej warstewki na powierzchni napoju. Oblepia ścianki naczynia.
Zapach: słodki aromat jasnego słodu, któremu towarzyszy leciutka nuta siarkowa typowa dla niemieckich pilsów, w tle delikatny aromat ziołowo-cytrusowy najprawdopodobniej pochodzący od użytych odmian chmielu.
Smak: wodnisty, ale z wyczuwalnym aromatem słodu pilzneńskiego, który przechodzi w nutę chmielowa okraszoną akcentem cytrusowo-ziołowym z domieszką winogron. Na finiszu minimalna goryczka, niska i nietrwała.
Wysycenie: poniżej średniego.

Tytułem podsumowania chciałbym napisać, że do skosztowania piwa skłoniły mnie opinie innych bloggerów oraz użytkowników forum browar.biz. Nie jestem zdeklarowanym wrogiem koncernów produkujących piwo, ale wiele ich produktów nie spełnia moich oczekiwań w kontekście przede wszystkim smaku, przez co sięgam po nie raczej z musu niż własnej woli. Celem bloga nie jest wymachiwanie szabelką w ich stronę. Jeżeli coś jest dobre, to bez względu czy wytworzone zostało w browarze rzemieślniczym, czy przemysłowym – należy mu to oddać, dlatego cieszę się, że mogę napisać kilka pozytywnych słów o produkcie KP, znacznie różniącym się pod względem swego poziomu w odniesieniu do reszty asortymentu z oferty tego producenta. Podobnie, celem mojego nie jest wytykanie innym ludziom ich preferencji konsumenckich polegających na konsumpcji piw koncernowych, bo żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo pić to, co lubi. Niemniej, chciałbym na moim blogu prezentować piwa, które uważam za ciekawe, a pochodzące z mniejszych browarów, bądź z zagranicy. Na „No to… po piwku!” gościło już kilka produktów masowych, które uważam za smaczne i godne uwagi. Jak każdy piwosz marzę po cichu o tym, że polskie piwa masowe będą tak dobre, że będę miał dylemat po które sięgnąć, ale wiem że to bardzo odważne i mało realne marzenia. Niestety…

Wracając do piwa. Jest ono według mnie smaczne. Smak nie powala pełnią, ale jest dość wyrazisty. Poza słodowością wyczuwalne są akcenty owocowe 9cytrusy i winogrona), nuta ziołowa i minimalna goryczka chmielowa na finiszu. Całość psuje trochę aromat siarkowy, taki w pilsach niemieckich, ale na szczęście nie jest on specjalnie mocny. Piwo lekkie, sesyjne, orzeźwiające, odpowiednie do obecnej pory roku. Osobiście uważam to piwo za krok Kompanii Piwowarskiej w dobrą stronę. Uważam to piwo za najlepszą pozycję w całej „Kolekcji Rozmaitości”. Smak mógłby być pełniejszy i bardziej wyrazisty. Dużym pozytywem jest podanie przez producenta takich danych jak ekstrakt i skład, a nie tylko wymagana prawnie zawartość alkoholu oraz informacja o obecności w składzie słodu jęczmiennego, który jako alergen musi być wymieniony. Dobra pozycja, gdy latem znajdziemy się „piwnej pustyni”, gdzie rządzą tylko ci wielcy gracze.

Moja ocena: 4/5.