Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy sprawiły, ze coraz
częściej zastanawiam się dokąd zmierza piwna rewolucja w naszym kraju? W
sierpniu po problemach poznańskiego browaru kontraktowego SzałPiw związanych z
ich piwem „Ciemny Dynks”, które najprawdopodobniej było zakażone bakteriami
kwasu mlekowego, rozgorzała dyskusja o piwowarstwie rzemieślniczym, która
skupiła się na takich aspektach jak: brak powtarzalności warek, wysokie ceny i
możliwe niespodzianki w postaci zakażeń, diacetylu (casus piwa „Prometeusz”).
Wtedy też narodziło się kultowe już powiedzenie „wity-srity”. Podniesiono też
wtedy głosy, że warzy się piwa w różnych stylach (dziwnych a nawet
egzotycznych), a żaden z browarów kontraktowych i rzemieślniczych nie pokusił się
jeszcze o uwarzenie dobrego pilsa. Z tym twierdzeniem, odnośnie pilznera
częściowo się zgadzam. Uważam, że nowe style piwne, mogące uchodzić za nieznane
czy dziwne, urozmaicają scenę piwną, ale dobry pilzner mógłby zwojować rynek,
bo póki co krajowe produkty są, jakie są. Dwa lata wcześniej, wszyscy
narzekali, że w Polsce można kupić tylko pilznera albo jasne pełne, a dziś od
mnogości piw na rynku zaczyna się wybrzydzanie. Ot, Polakowi i polskiemu
piwoszowi nie dogodzisz…
Jestem zdania, że wpadki nie powinny się zdarzać, a
nawet jeśli wystąpią, to nieudane piwo powinno spłynąć do kanału (tak było z „Lady
Blanche” z AleBrowaru, czy kilka dni temu w rury popłynął Russian Imperial
Stout z Browaru Artezan). Skoro konsument płaci, to i nie dziwota, że wymaga.
Mnie zastanawia z kolei coś nieco innego. Mianowicie, czyli ludziom z tego
piwnego dobrobytu nie pomieszało się w głowach i stąd te wieczne utyskiwania?
Good Santa
Ten rok to wielki przełom na polskim rynku piwnym. Nie
ma miesiąca bez przynajmniej kilku premier. Co chwilę pojawiają się informacje
na temat nowych browarów, które w najbliższym czasie będą się otwierać, a nowe
piwa to szerokie spektrum rozmaitych wariantów tego trunku i… towarzyszy temu
jedno, wielkie i bezustanne narzekanie… Bo drogo, bo ktoś sobie inaczej to piwo
wyobrażał, bo nie tyle IBU, bo brzydka etykieta, bo premiera z ekipą browaru w
Gdańsku, a nie we Wrocławiu, a na końcu i tak większość ocen nowych trunków to
„bez sensu”, „nie urywa”, „słabe”, bo za ciemna tudzież za jasne, bo nie ma
dedykowanego kapsla, etc. Też bym chciał, żeby każde polskie piwo rzemieślnicze
zdobywało w klasyfikacji punktowej wynik 100/100 na serwisie ratebeer.com i
było taką piwną gratką jak piwa z klasztornego browaru Westvleteren, ale to
chyba niemożliwe, bo konkurencja spora a i gusta odbiorców zróżnicowane. No i z
dostępnością większości tychże piw jest problem jest na poziomie krajowym, a co
tu dopiero mówić o wojowaniu świata w takim razie?
Teraz pojawił się kolejny delikt. AleBrowar wypuści
niedługo tegoroczną wersję „Saint No More” i zrobił się mówiąc kolokwialnie „dym”,
bo to nie będzie piwo w stylu Christmas Ale, ale IPA i to w wersji single hop,
chmielona odmianą Simcoe. Powiem tak, mnie to cieszy, bo piwa świąteczne nie są
moim faworytem i po stokroć wolę IPA niż korzenny „wynalazek” (korzenne
przyprawy bardziej smakują mi w piernikach) i pewnie stoję w opozycji do wielu,
ale to, co mnie dziwi, to lament i wieszanie psów na twórcach piwa oraz
wytaczanie argumentów, że lecą na kasę i są monotonni. Już nie wspomnę o
tekstach o zepsutych świętach, czy coś w tym rodzaju. Jeżeli dla kogoś
wyznacznikiem udanych świąt jest „Saint No More” i jego uwarzenie w wersji Oak
Aged Christmas Ale, to ja nie mam więcej pytań… Poza tym, przed 2012 rokiem
ludzkość (a przynajmniej polskie społeczeństwo) musiała sobie radzić bez tego
piwa z AleBrowaru i jakoś jej się udawało. W dużej mierze larum o styl tego
podnoszą albo piwowarzy, albo blogerzy. Ci pierwsi, bo pewnie chcieliby
porównać ze swoimi wyrobami (a wiadomo jak to jest, gdy ktoś jest sędzią we
własnej sprawie i które z porównywanych piw będzie na pozycji z góry przegranej),
a Ci drudzy – wiadomo, można przypomnieć wpis sprzed roku, zrobić porównanie,
pochwalić albo zganić twórców, a tu - w obydwu przypadkach - diabli wzięli psa,
budę i łańcuch…
Bad Santa
Nie znam osobiście ekipy AleBrowaru, ale uważam, że
jak twierdził ojciec nowożytnej ekonomii Adam Smith -„popyt determinuje podaż”.
Skoro ludzie chcą pić goryczkowe piwa, a tego typu produkty sprzedają się, to
co w tym złego? Kierują się kryterium zarobkowym, bo to działalność biznesowa,
a nie charytatywna, czy subsydiowany dział badawczo-rozwojowy. Poza tym jeśli
kogoś taka polityka tego producenta razi, to po prostu niech nie kupuje tego
piwa i po kłopocie. Jeżeli chłopaki chcą iść w tą stronę, to w warunkach
wolnorynkowych i przy demokratycznym ustroju – mają do tego pełne prawo,
zwłaszcza, że to nie jest jedyny browar kontraktowy w naszym kraju. Dopóki
ludzie będą takie piwa kupować, dopóty będą warzone. Myślę, że część
konsumentów na pewno będzie optować za takimi piwami, a część z czasem
zapragnie rzeczy innych i wtedy browar będzie musiał wykazać się kreatywnością,
by wyjść naprzeciw oczekiwaniom takich osób. Dla mnie znacznie dziwniejsze jest
to, że jubileuszowe piwo z tego browaru ukazuje się na rynku w niewielkich
ilościach, pomimo jego hucznych zapowiedzi 5 miesięcy temu (tych planowanych i
nieplanowanych). Wracając do tematu IPA, po pierwszej „Saint No More” to piwo
sezonowe, więc nie doszukiwałbym się tutaj wielkiego zła, a po drugie – nie sądzę,
by AleBrowar był tak zakochany w swoich piwach i za jedyny wyznacznik smaku
uznawał szczodre chmielenie, że w przeciągu najbliższych lat ich ofertę
stanowić będzie 10 wariantów IPA, jakkolwiek będą przez twórców nazwane i
sklasyfikowane. Nie ma takiej opcji.
Z chmielem jest tak, jak z każdą przyprawą - co za
dużo to niezdrowo. Każdy posiada indywidualną granicę tolerancji na zwiększoną
zawartość goryczki w piwie i piwa mocno goryczkowe skazane są raczej na bycie
produktami niszowymi, ale dopóki moc wytwórcza browaru jest niska, a popyt
duży, to prawdopodobnie zostanie utrzymane status quo w tej kwestii. Sam
uważam, że piwo o IBU powyżej 80 to już napitek o tyle specyficzny, że skład
zasypu ma tam drugorzędne znaczenie, bo chmiel przykrywa wszystkie pozostałe
aromaty (np.: „Żytorillo”, „Caterpillar”). Ale skoro ludzie tego chcą, to
dlaczego by im czegoś takiego nie dać? Wyjątek to „Hardcore IPA” z BrewDog’a.
Tam dominuje nuta alkoholowa ponad wszystko i chyba żadna ilość użytego chmielu
jej nie skontruje...
Inną sprawą jest, że wiele „ip srip” zostało
skrytykowanych przez piwne środowisko za to, że były za mało goryczkowe (np.:
casus „Megalomana” albo pierwszej warki AIPA z Browaru Kormoran). Widać tutaj
swego rodzaju niekonsekwencję, bo z jednej strony niby gorzkie te piwa, ale
jednak nie do końca, czyli „dodawaj gazu, ale nadal trzymaj nogę na hamulcu”.
Co do dwóch najnowszych premier IPA w wersji American IPA i Imperial IPA, „Grand
Prix” z Browaru Ciechan i Grand Championa („Brackie Imperial IPA”), uwarzonego
w należącym do Grupy Żywiec S.A., Browarze Zamkowym w Cieszynie, to też trochę
mnie śmieszą zarzuty „ipohegemonii” naszego kraju. Obydwa te piwa to zwycięzcy
konkursów, na które zgłoszono wiele piw uwarzonych w różnych stylach.
Kolegialne ciała sędziowskie wybrały
tak, a nie inaczej i tyle w tym temacie…
Swoją drogą, „Kraina Piwa” informuje, że Grand Champion 2013 schodzi jak
ciepłe bułki. Widocznie lud chce IPA, a „vox populi vox Dei”. Albo casus IPA z
Artezana, w zeszłym roku uwarzyli brytyjski wariant tego piwa i było to złe
posunięcie według wielu, bo „za grzeczna”, bo „nie urywała”, bo to nie „Atak
Chmielu”, tudzież inny „Rowing Jack” i tego typu historie. Zatem Artezan idąc za
resztą chmieli już po amerykańsku i też jest źle… bo są same AIPA, a nie ma
brytyjskiego odpowiednika na rynku.
Trochę zdziwiła mnie reakcja Kopyra na tę wiadomość z
AleBrowaru o nowej odsłonie „Saint No More”. Nie rozumiem, skąd te zarzuty
skoro sam w Widawie uwarzył „Renifera”, kolaboranckiego Christmas Ale. Piwo ma
konkurencję chyba tylko w postaci piwa świątecznego z Browaru Kormoran, coś w
tym stylu też planuje wypuścić Ursa Maior, więc ja bym się cieszył na jego
miejscu, bo zbyt pewniejszy. Czując niedosyt krajowych Christmas Ale, zawsze
można też w sklepach poszukać piw w tym stylu z importu, zwłaszcza, że w
większości przypadków, różnica w cenie między nimi i „Reniferem” będzie
niewielka. Skoro Kolaboranci warzą piwa według swoich pomysłów, to dlaczego AleBrowar
nie może? Trochę zmierził mnie tekst o tym, że ekipa z Lęborka leci na kasę.
Przecież Kopyr też nie warzy w Widawie jako wolontariusz, albo w ramach zasądzonych
wyrokiem sądu prac społecznych (czytaj: za karę), więc argument finansowy
wydaje się być lekko nie na miejscu. Laissez faire! A
co najważniejsze, wykonanie pomysłów na konkretne piwa w postaci gotowych
produktów oceniane są przez konsumentów i myślę, że to ich opinia jest
najbardziej wiążąca.
Inne style też nie mają lekkiego życia. „Brown Porter”
z Artezana już się więcej nie ukaże. Z jednej strony niski popyt (bo porter to
styl nadal mało w Polsce znany, nie licząc wariantu w postaci porteru
bałtyckiego, który sporo się różni od swego kuzyna z Wysp Brytyjskich), a z
drugiej – Pacific, który dokonał na swym „czarnym braciszku” aktu kanibalizmu i
który okazał się hitem, choć jego premiera miała miejsce zimą. Nikomu nie
przeszkadzało, że pisali peany o piwie typowo letnim w zimie, o czym wielu
zapomina, gdy obecnie krytykuje Browar Olimp za mającą się niedługo odbyć premierę
piwa „Afrodyta”, które jest witbierem. Stout z Browaru Piwoteka (Czarny
Wdowiec) też oberwał, że za gorzki, a „Wołek Zbożowy” to nie wiadomo, co to
jest, bo tyle słodów dali. Chcieli to dali. Mieli pomysł i postanowili go
wcielić w życie, wszak „sky is the limit”. I w tym kontekście pamięć piwnego
światka okazuje się być bardzo zawodną, bo jakby wielu zapomniało, że spora
część tegorocznych premier to nie IPA, że sporo piwo warzonych po raz kolejny
to też całe spektrum stylów poza różnymi wariantami India Pale Ale. Bawienie
się w wyliczankę w tym miejscu uważam za bezcelowe.
Konkludując, dochodzimy do takiego punktu, gdzie ruch
w którąkolwiek stronę zostanie poddany bezwzględnej krytyce, bo jeśli na rynek
wyjdzie nowe IPA, to będzie źle, Jeśli wyjdą piwa, która IPA nie są – też
będzie niedobrze. Jeszcze niedawno piwosze marzyli, by rynek piwa w Polsce był
czymś więcej niż „eurolagerową ofertą wielkiej trójcy” i dziś już wielu
psioczy, że jest tak a nie inaczej. No cóż, zapomniał wół jak cielęciem był…
Zastanawiam się tylko, czy taka postawa konsumentów nie okaże się ”betonowym
kołem ratunkowym” dla piwnej rewolucji w Polsce? Czy praca pod presją podobnej
do tej, jaką czuję skazany stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, nie demotywuje
piwnej sceny do rozwoju? Przecież zawsze można wrócić do korzeni pijąc piwa
wielkich graczy… Takie wnioski nasuwają się po dość długim śledzeniu browar.biz,u,
blogosfery, piwnego facebooka, etc. Dryfujemy w strumieniu tendencyjności,
panie i panowie… Albo po prostu, ja tego wszystkiego nie jestem w stanie
ogarnąć? Nie rozumiem reguł tego specyficznego środowiska, jakim jest piwny
światek? Jak żyć? Kto pomoże?


