UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo specjalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo specjalne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2014

„Przewrót mleczny B-Day 2.0”



Czyżby wspólne warzenie „B-Day'a" stało się nową, świecką tradycją? Przypuszczam, że tak, bo skoro wyszła wersja 2.0, to pewnie i następne się pojawią. Taka kolaboracja raz do roku nie odciąga żadnego ze współtwórców od zobowiązań wobec życia i rynku. Po drugie trio twórców (PINTA, AleBrowar i Piwoteka Narodowa) to grupa pasjonatów chyba najbardziej zasłużonych dla polskiej sceny piwnej, a co za tym idzie, są to ludzie bardzo kreatywni także w kontekście warzonych przez siebie piw. Dla niewtajemniczonych, w maju każdy z uczestników przedsięwzięcia obchodzi swój jubileusz stąd pomysł na wspólne warzenie piwa.

Rok temu uczestnicy projektu uraczyli nas piwem, które było połączeniem niemieckiego Weizena i amerykańskiej wersji stylu znanego jako India Pale Ale. Poprzednia wersja „B-Day’a” nosiła nazwę „Lądowanie w Bawarii”. W tym roku panowie poszli w zupełnie inną stronę. Mianowicie, „B-Day 2.0" to stout, który twórcy określili jako „Double Chocolate Milk Stout". Jak sama nazwa wskazuje jest to mocniejszy i bardziej treściwy reprezentant tej jakże licznej rodziny ciemnych i palonych piw, które wieńczy wspólny mianownik czyli słowo „stout" w ich nazwie. Aby nadać piwu większej treściwości użyto przy jego warzeniu laktozy (niefermentowalnego cukru, który nadaje mlecznego posmaku i aromatu), a także do tanku leżakowego, dla wzbogacenia smaku, dodano prażone ziarna ekwadorskiego kakaowca. Tegoroczna edycja urodzinowego piwa została nazwana „Przewrót mleczny”. Nie wiem, czy to nawiązanie do przewrotu majowego z 1926 roku, ale jakoś tak mimowolnie właśnie takie skojarzenie mi się nasuwa, gdy czytam gdzieś lub słyszę o tym piwie. 
„Przewrót mleczny B-Day 2.0” został uwarzony w browarze w Gościszewie, czyli tam, gdzie swoje piwa warzy AleBrowar. W zeszłym roku jubileuszowe piwo uwarzono w Browarze na Jurze w Zawierciu, czyli browarze, z którym współpracuje Browar PINTA. Ekstrakt początkowy tego piwa wynosi 16 Blg, a zawartość alkoholu 6,2% obj. W skład „Przewrotu mlecznego” wchodzą: woda, słody: pale ale, pszeniczny, Carapils®, wiedeński, czekoladowy pszeniczny; surowce niesłodowane: palony jęczmień, płatki owsiane; chmiele: Pilgrim, English Golding; drożdże Safale® S-04. Dodatkowo wykorzystano laktozę oraz ziarna kakaowca.

Etykieta, z tego, co zdążyłem do tej pory wyczytać, wzbudza mieszane uczucia. Mi się nawet podoba. Trąca lekkim surrealizmem z tymi wymionami strzelającymi mlekiem i szyszkami chmielu dryfującymi sobie gdzieś w przestrzeni. Taki klimat rodem z teledysku utworu „The Baby Got A Temper" grupy Prodigy. Pomysł jednym się spodoba, a innym nie. Widywałem lepsze etykiety, ale koszmarną czy nieudaną bym jej nie nazwał. Dla mnie liczy się piwo, bo etykieta to tylko dodatek. Kiepskiemu piwu to i etykiety na miarę Bevoga nie pomogą, a jeśli piwo jest dobre, to konsument na pewno wybaczy niedociągnięcia związane z szatą graficzną tego elementu opakowania.

Jest to czarny i nieprzejrzysty trunek jak na stout przystało. Jego piana jest nad wyraz obfita, wysoka, początkowo drobnoziarnista, lecz szybko pojawiają się duże pęcherze psujące jej fakturę. Piana dość szybko opada i nieznacznie koronkuje na szkle. Dlaczego piszę, że piana jest nad wyraz obfita? Dodatek ziaren kakaowca lub rzeczy zawierających tłuszcze (np.: wiórki kokosowe) do piwa ma z reguły niekorzystny wpływ na jego pienistość. Jak widać, nie jest on aż tak wielki. Pojawiła się piana i to niczego sobie. Piłem piwa pszeniczne, które mogłyby pozazdrościć piany „Przewrotowi mlecznemu”. W zapachu dominuje paloność, toffi, mleczna i gorzka czekolada. W smaku na pierwszy plan wysuwają się paloność, mleczność, toffi i nuty czekoladowe. Chmielowość niewyczuwalna. Piwo pachnie i smakuje tak, jakby rozpuszczono w nim praliny, a co najważniejsze nie użyto do tego celu żadnych syropów czekoladowych, ekstraktów i tego podobnych. Po prosu odpowiednio dobrano zasyp i inne dodatki pochodzenia naturalnego. Na finiszu słodycz przeplata się z paloną goryczką, a całość wieńczy lekko rozgrzewająca nuta alkoholowa. Wysycenie tego stoutu jest bardzo niskie.

„B-Day 2.0” jest piwem słodkim, treściwym, wielowymiarowym, które cechuje paloność grająca pierwsze skrzypce, a dopełnia je mleczność i czekoladowość. Piwo jest pijalne, gładkie, chociaż na finiszu daje znać o sobie lekka nuta alkoholowa. Bardzo przyjemne piwo deserowe, dobre do ciast, lodów, etc. Nie posiada w swoim aromacie wad. Na pewno znajdzie wielu miłośników. Jest to pozycja, którą poleciłbym szczególnie dwóm kategoriom piwoszy: po pierwsze, kochającym ciemne piwa, a także osobom nie przepadającym za wyraźnym chmielowym aromatem i goryczką, a preferującym piwa słodkie. Naprawdę udane piwo. Mam nadzieję, ze za rok twórcy piwa znów zewrą szeregi. Za to właśnie kocham piwowarstwo rzemieślnicze: za otwarte podejście do tradycji i eksperymenty. Słowem, za twórcze podejście do piwa.  

PS: Przypadkowo skasowałem zdjęcia z telefonu, na których piwo o wiele lepiej się prezentowało. Tutaj w ramach planu ratunkowego pstryknąłem fotkę tego, co mi jeszcze zostało w pokalu. 

środa, 14 maja 2014

„Funky Brett” z Browaru Artezan – pierwsze polskie piwo na „dzikusach”



Przy okazji ostatniego zamówienia piw przelewanych do PETów, postanowiłem oprócz ziemniaczanego IPA, zamówić sobie pozycję, która jest trudnodostępna w moich stronach lub niemożliwa do nabycia w wersji butelkowej. I tak oto trafiłem na „Funky Brett” z Browaru Artezan. Jest to pierwsze w Polsce piwo, fermentowane przy użyciu szczepu drożdży Brettanomyces, znanych głównie z piw belgijskich fermentacji spontanicznej. Owe nieszlachetne drożdże cieszą się dużą popularnością wśród browarach rzemieślniczych.

Dzikie drożdże raczej nie są mile widziane w przypadku większości piw (oraz win), bowiem wprowadzają do zapachu i smaku specyficzne nuty, określane jako „funky” lub „wiejskie”. Są to obok znacznej owocowej estrowości, takie aromaty jak: siano, słoma, stajnia, końska derka, ser, bandaże, etc. Za aromaty charakterystyczne dla szczepów wykorzystywanych w piwowarstwie i winiarstwie odpowiadają 3 główne związki chemiczne: 4-etylofenol (objawia się aromatem stajni, stodoły, bandaży), 4-etylogwajakol (wędzone mięso, przyprawowy, pikantny) i kwas izowalerianowy (ser, zjełczały tłuszcz, siodło, końska derka). Poza specyficznymi aromatami, które stanowią koronny dowód obecności tych drożdży w piwie, różnią się one od swoich szlachetnych kuzynów (Saccharomyces cerevesiae) tym, że fermentują także dekstryny, przez co piwa fermentowane z ich udziałem są wytrawne z uwagi na bardzo głęboki stopień ich odfermentowania. Mogą tworzyć błony nad powierzchnia fermentującej brzeczki (tak objawia się wizualnie zakażenie piwa dzikimi drożdżami). Drożdże te mogą być wykorzystane do refermentacji piwa, tak jak czynią to trapiści z opactwa Notre-Dame d'Orval w ichnim piwie „Orval”. Z resztą w tym roku Browar Artezan eksperymentował już z „brettami”, ale na mniejszą skalę i też tylko w kontekście refermentacji. Gdy „dzikusy” wejdą do brzeczki nieproszone, najczęściej uaktywniają się, gdy ich kuzyni (S. cerevesiae) są osłabione po przeprowadzeniu fermentacji alkoholowej, kiedy to nie zostało już dla nich wiele pożywienia. Jeśli to „bretty” mają ukształtować bukiet naszego piwa, zalecane jest, by piwo po fermentacji leżakować przez okres 3-6 miesięcy, bowiem po tym czasie będzie on odpowiednio dobrze zarysowany

Drożdże Brettanomyces pod mikroskopem (źródło). 

Drożdże te wyizolowano z belgijskich piw typu Lambik, z którymi są jednoznacznie kojarzone, gdyż stanowią ich sine qua non. Różnica między Lamikiem, a piwem, o którym będzie mowa poniżej jest taka, że w Lambiku występują też bakterie (głównie kwasu mlekowego), które zakwaszają piwo, a w piwie z Browaru Artezan użyto tylko i wyłącznie „bretty”.  

W związku z najnowszym trendem w piwowarstwie rzemieślniczym, określanym jako „sour is new hoppy”, coraz większą popularnością cieszą się piwa z użyciem do ich fermentacji mikrobów różnych niż standardowe drożdże piwowarskie, przez co na rynku można kupić coraz więcej piw określanych jako Wild Ale, Sour Ale, czy Farmhouse Ale. W Wielkanoc miałem okazję pić kolaboracyjne piwo uwarzone wspólnie przez Lost Abbey (Port Brewing Company) i New Belgium Brewing Company o nazwie „Mo’ Betta Bretta”. Bardzo mi smakowało, zwłaszcza, że nie był to Sour Ale na kształt Lambika. Artezanowski wypust jest także utrzymany w konwencji kolaboracyjnego piwa z USA, które piłem kilka tygodni temu, przez co cieszę się, że dane będzie mi go spróbować. Myślę, że to dobre posunięcie, bowiem to dobry krok, by pokazać szerokiemu gronu konsumentów, że w piwie nie liczy się tylko chmiel (jak powszechnie się sądzi), ale i inne podstawowe surowce piwowarskie takiej jak słody czy drożdże.

Spodziewam się, że piwo będzie ukierunkowane na akcenty drożdżowe, dlatego chmielowa obecność będzie w nim bardzo wycofana. Sam producent na temat tego piwa podaje niewiele informacji. Wiadomo, że jego ekstrakt początkowy wynosi 13% wag., a zawartość alkoholu 5,5% obj. Piwo, jak reszta wypustów z tego browaru, jest niepasteryzowane i niefiltrowane.

Podoba mi się etykieta tego piwa. Jest prosta, kolorowa, ale bardzo pozytywna. Owalne i kuliste kształty nawiązują do kształtów komórek drożdżowych. Czy ich życie jest takie kolorowe w tanku fermentacyjnym? Chyba raczej nie…

Polskie „dzikie piwo” posiada miodowo-złotą barwę z domieszką czerwieni, przez co pod światło sprawia wrażenie, przypominającej sok grejpfrutowy. Jest też w niej coś, co określiłbym „przybrudzeniem”. Piwo jest bardzo mętne i nieprzejrzyste. Piana jest biała, ale nie imponuje. Jest ona średniej wysokości, poszarpana, składająca się z pęcherzyków o różnej wielkości. Szybko opada i redukuje się do zera, nie pozostawiając przy okazji żadnych śladów na szkle. W zapachu owocowa estrowość – morele, brzoskwinie, jabłka, pomarańcze. Poza tym, siano i słoma, lekka stęchlizna (to być może ta końska derka), fenolowa przyprawowość (goździk, pieprz), aromat, który określiłbym jako „mysi” i lekka nuta apteczna. Podsumowując, jest bardzo złożony i jednocześnie zachęcający. W smaku wyczuwalna jest przede wszystkim słodowość, która początkowo gra pierwsze skrzypce. Akompaniuje jej nuta tostowa, a także pewna karmelowa słodycz, która nadaje piwu pełni, jest przyjemna i w żaden nie sposób nie narzuca się, zniechęcając do kolejnych łyków. Nuta słodowa uzupełniają aromaty, które wprowadzają do piwa „bretty”. Przejawiają się one przyjemna owocowością (jabłek, brzoskwiń, moreli, a także z wyraźniejszą nutą cytrusową), a także lekką cierpką nutą korzenną. W tle majaczy subtelna nuta goryczkowa. Przypuszczam, że użyto jakiś nowofalowy chmiel, stąd mocniejszy akcent cytrusowy w smaku. Wysycenie na poziomie średnim, przyjemnie drapie w przełyk i podniebienie. Finisz słodki, owocowo-korzenny. Alkohol niewyczuwalny, nawet po ogrzaniu się piwa.  

Ciekawe, pionierskie piwo na naszym rodzimym rynku. Ciekawe, czy znajdzie swoich naśladowców? Pokazało się na rynku w dobrym okresie, bowiem z uwagi na jego lekkość, wysoką pijalność oraz orzeźwienie, to dobra propozycja na lato. Po drugie, w dobie coraz częstszych narzekań, że oblicze polskiej rewolucji piwnej to tylko amerykańskie chmiele, AIPA i wyścig zbrojeń ku trzycyfrowemu IBU, ekipa Artezana pokazała, że posiada ciekawe pomysły, mocno odmienne od tego, co proponuje większość. Poza tym, oto dobry przykład piwa ucierający nosa wszystkim „chmielowym fetyszystom”, którzy twierdzą, że piwo to tylko chmiel i bez niego ani rusz. „Funky Brett” pokazuje, że drożdże też mogą robić robotę i to zwłaszcza te dzikie, które w browarach są tym, czym chwasty w przydomowym ogródku. W piwie bardzo dobrze wyeksponowany jest bukiet typowy dla drożdży Brettanomyces, dzięki czemu w aromacie i w smaku jest esencjonalne, wielowymiarowe, estrowo-fenolowe z całą paleta innych, ciekawych aromatów, których na próżno szukać w ofercie innych browarów. Podoba mi się to, że pomimo jego odmienności, twórcy nie poszli w ekstrema warząc coś iście dzikiego i kwaśnego. Tym piwem będzie można pokazać szerokiej rzeszy odbiorców, że warto zgłębiać piwny świat, w którym często diabeł tkwi w szczegółach. Zmieniono mikroby i uzyskano z goła odmienny efekt. Gdyby piwo na tym zasypie zrobić na drożdżach lagerowych, raczej nikt by się nim nie zachwycał… W niczym nie ustępuje „Mo’ Betta Bretta”, a na pewno jest o niego kilkakrotnie tańsze. Polecam tym, którzy nie przepadają za piwami goryczkowymi, miłośnikom piw belgijskich, piwnym eksperymentatorom i poszukiwaczom nowych smaków. Warto, bo to świetne piwo.        

wtorek, 13 maja 2014

„Pyza na polskich dróżkach” czyli polskie IPA z dodatkiem ziemniaków


Warszawski Browar Bazyliszek zapowiadał, że jego piwa będą fuzją tradycyjnego oraz innowacyjnego podejścia do piwowarstwa, co przejawia się dodawaniem do piw przezeń warzonych, rożnych składników, których na próżno szukać w innych produktach z tej branży. W debiutanckim wypuście tego browaru o nazwie „American Psycho IPA” użyto piołunowej nalewki, wzorującej się na legendarnej recepturze „Zielonej Wróżki”. W piwie „Nowy Świat” zastosowany dodatek lawendy. Z kolei najnowsze piwo z tego browaru kontraktowego to IPA chmielone rodzima odmianą chmielu – Sybilla – z dodatkiem… ziemniaków. Moja ciekawość była tak duża, że postanowiłem zamówić to piwo z dostawą do domu. Dla tych, którzy dołączyli do grona czytelników niedawno polecam wywiad, który przeprowadziłem z tymże browarem.  

Co do samej nazwy piwa – „Pyza na polskich dróżkach” – nawiązuje ona do bajkowej postaci wykreowanej przez Hannę Januszewską-Moszyńską. Pyza w swoich przygodach, które doczekały się także adaptacji filmowej w postaci kilkunastoodcinkowego serialu animowanego, zwiedzała Polskę i przedstawiała najmłodszym Polakom ich ojczysty kraj. Przedwojenne epizody jej przygód nie cieszyły się w socjalistycznej Polsce popularnością, dlatego znane są bardziej te z epoki „jedynego i słusznego ustroju”, tworzonego przez „lud pracujący miast i wsi”. Książka (a właściwie jej tytuł) opowiadająca o perypetiach malej i rezolutnej bohaterki stała się inspiracją dla nazwy najnowszego wypustu warszawskiego browaru kontraktowego.

Co wiemy o samym piwie? Jest to India Pale Ale chmielone polską odmianą chmielu – Sybillą. Producent nie podaje składu zasypu, ale wiemy z opisu, że jego 20% stanowiły ziemniaki, a konkretnie ich odmiana Agata. Piwo uwarzono w radomskim browarze Pivovaria. „Pyrata IPA” z Warszawskiego Browaru Bazyliszek posiada 14,9% ekstraktu wagowo i 6,1% alkoholu objętościowo. Według zapewnień producenta, poziom goryczki w piwie wynosi 61 IBU. Pyza z etykiety sprawia wrażenie idącej z biegiem czasu. Nie nosi na głowie chusty, która wydaje się wielu młodym ludziom czymś staroświeckim. a jej cera jest jakby bardziej śniada (efekt wizyty na solarium?). A tak poważnie, etykieta jest bardzo kolorowa i optymistyczna. Jak ze wszystkim, części ludzi będzie się podobać, a innym - nie.

Po otwarciu butelki, uderza przede wszystkim aromat chmielowy, znany z innych IPA chmielonych Sybillą. Po przelaniu do szkła, ukazuje się mętny miodowo-złoty trunek, w którym widoczne są unoszące się drobne cząsteczki (najprawdopodobniej pozostałości po chmieleniu na zimno), które nie wyglądają nazbyt estetycznie. Miłośnicy idealnie klarownych pilznerów mogliby odczuwać pewien dyskomfort. Piana jest biała, wysoka, zwarta, jednak szybko opada wyraźnie krążkując na szkle. W aromacie dominuje ziołowo-żywiczna nuta chmielowa, lekki akcent miodowy (utlenienie) oraz aromat warzywny. Pytanie, co jest jego przyczyną: dimetylosiarczek czy użyte w zasypie ziemniaki? Obstawiałbym to drugie, gdyż jest to – w moim odczuciu – warzywność zgoła odmienna od klastycznego DMS. Jest nawet dosyć przyjemna, nie kojarzy się z aromatem wody po gotowanych pyrach, czego najbardziej się obawiałem. W smaku początkowo wyraźna jest nuta słodowa z towarzyszącym jej tostowym aromatem. Szybko jednak, daje o sobie znać chmielowość. Bardzo podoba mi się wytrawność tego piwa, która dobrze eksponuje bukiet chmielu Sybilla, objawiający się długą, głęboką, żywiczno-ziołową goryczką, która jest lekko zalegająca. W smaku brak warzywnych aromatów, nieprzyjemnych nut, etc. W miarę ogrzewania się piwa, alkohol staje się zauważalny, jednak nie nachalny. Myślę, że przy niższym poziomie chmielenia, byłby bardziej wyczuwalny. Wysycenie piwa jest średnie, ale przyjemne, bąbelki dwutlenku węgla dają o sobie znać, ale nie są natarczywe i nie kłują w język oraz podniebienie.

Powiem szczerze, że dla mnie to najlepsze polskie IPA, jakie do tej pory piłem. Użyte w zasypie ziemniaki nie dają o sobie znać w smaku. Sam byłem ciekaw, co wniosą do piwa i poza pewnym warzywnym aromatem w zapachu, nie wniosły nic. Myślę, że ich obecność została zaakcentowana poprzez znaczne zmętnienie piwa. Mój wniosek jest taki, że ziemniak ani piwu nie zaszkodzi, ani go nie poprawi. Brak dwuacetylu, który psułby efekt końcowy jak w pierwszej warce „Prometeusza” z Browaru Olimp. Nie jest też tak słodkie jak „PLON” (w każdej wersji) z Browaru Kormoran. Tutaj dostajemy wszystko to, co ceni się w IPA, przede wszystkim, niczym nie zmącony aromat chmielu. Powiem szczerze, że brak niepożądanych aromatów zapachowych oraz pełnia smaku nie psują go w jakikolwiek sposób, przez co aromat Sybilli jest bardzo ładnie wyeksponowany i stanowi dowód na to, że Sybilla jest znacznie ciekawszą odmianą niż Marynka. Aromat żywicy, sosnowego lasu i ziół oraz traw na leśnej polanie, czyli wyciągnięto wszystko to, co się dało i czym Sybilla się charakteryzuje. Poziom goryczki wydaje się być jak najbardziej odpowiedni; jest wyczuwalna i dobrze zarysowana, ale nie męcząca czy wręcz agresywna. Piwo od Bazyliszka jest pijalne, wytrawne, ukierunkowane na chmielowe akordy i z wyczuwalnym, solidnym kręgosłupem słodowym, który nie wprowadza do bukietu męczących nut karmelowych. Jedynym problemem tego piwa jest jego ograniczona dostępność na rynku. Warto spróbować dla własnego osądu. Uważam je za smaczne i udane.

piątek, 21 lutego 2014

„Bracia” z Thornbridge Brewery

Pierwsze na blogu piwo, które na łamach serwisu internetowego Ratebeer.com osiągnęło wynik 100/100, co w skrócie znaczy tle, co: „warto zakręcić się wokół tego tematu”. Czy zasłużenie? Już nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać. Dostałem je w prezencie od mojej drugiej połówki, której wspomniałem pewnego razu, że muszę to piwo kiedyś spróbować. I tym, pięknym sposobem, „Bracia” znalazło się w moim podręcznym składziku. Z browarem Thornbridge Brewery spotkałem się już kilkakrotnie, dlatego wiem, że ich piwa s a godne uwagi. O poprzednich doświadczeniach w tej materii możecie poczytać tutaj.      

Sama nazwa piwa odnosi się do mocnego napoju alkoholowego, który znany był w Europie już w Epoce Żelaza. Nie wiadomo wiele na jego temat poza tym, że wyrabiano go najprawdopodobniej z miodu i zbóż. Na pomysł uwarzenia współczesnej wersji tego archaicznego piwa wpadł główny piwowar browaru Thornbridge Brewery – Stefano Cossi, po lekturze książki „Del Vino d’Orzo” (wino jęczmienne) autorstwa Filippo Maria Gambari, której tematyka dotyczyła piw dawnych i odkryć archeologicznych związanych z piwowarstwem sprzed wielu setek a nawet tysięcy lat wstecz. Jak twierdzi Martyn Cornell, wiele słów wskazuje na powiązanie bracia ze światem piwa, np.: „braggot” (napój wytwarzany z miodu, zbóż ziół, wywodzący się z Wysp Brytyjskich i popularny w czasach średniowiecznych oraz nowożytnych, do czasu gdy w 1711 roku nakazano w Anglii warzenie piw tylko z udziałem słodów i chmielu, które obłożono specjalnymi podatkami), „brasserie”, co w języku francuskim oznacza browar. Innym poparciem tej tezy są niektóre słowa w języku walijskim odnoszące się do słodu, słodowania czy warzenia piwa. 

Co do samego piwa, jest to mocne i ciemne ale, do uwarzenia którego użyto siedmiu różnych słodów (Maris Otter, Brown, Monachijski, Dark Crystal, Czekoladowy, Black, a także Peated – wędzony torfem), dodatków niesłodowanych (palonego jęczmienia i pszenicy), pięciu odmian chmielu (Target, Pioneer, Hallertau, Northern Brewer i Sorachi Ace) oraz miodu kasztanowego, który został wybrany z pasieki należącej do Onelii Pin i znajdującej się na północy Włoch. Sam miód posiada słodko-gorzki smak i ciemną barwę, które mają w zamierzeniu pozostawać w harmonii z resztą surowców użytych do wyrobu tego piwa. Według producenta jest to mocny ale o bogatym smaku, cechujący się jedwabistością i silnym aromatem miodu kasztanowego, któremu towarzyszą nuty czekolady, cappuccino, lukrecji, orzechów laskowych i lekki torfowy finisz. „Bracia” warzone jest cztery razy w roku w ograniczonych ilościach, a refermantacja sprawia, że nigdy nie smakuje tak samo.

Z zewnątrz wygląda bardzo ładnie. Na etykiecie w tle widnieje zarys budynku (Thornbridge Hall). Zawarto sporo informacji na temat piwa, etymologii jego nazwy, składu i specyfiki, co przy jego cenie na pewno jest dobrym posunięciem. Kolorystyka jest utrzymana w kolorze kawy z mlekiem i mlecznej czekolady. Bardzo efektownie to wygląda, nadając produktowi dystyngowanego charakteru i podkreślając jego wyjątkowość. Czas przekonać się, jak ów napitek smakuje.

Dane szczegółowe:
Producent: Thornbridge Brewery.
Nazwa: Bracia.
Styl: Strong Ale.
Ekstrakt: nie podano.
Alkohol: 10% obj.
Skład: woda, słody jęczmienne (Maris Otter, Brown, Munich, Dark Crystal, Chocolate, Black, Peated), palony jęczmień, pszenica, chmiele (Target, Pioneer, Hallertau, Northern Brewer, Sorachi Ace), miód kasztanowy, drożdże.
Filtracja: nie.
Metoda utrwalenia: refermentacja (piwo przydatne do spożycia do lutego 2018 roku).     

Barwa: czarna, nieprzejrzysta.
Piana: brązowa, zbita, drobnopęcherzykowa, trwała, wysoka, redukuje się do kilkumilimetrowego dywanika i nieznacznie oblepia szkło.
Zapach: dominuje nuta ziemisto-torfowa, lekka kawowa paloność, gorzka czekolada, śliwki, karmel, orzechy, wyczuwalny lekki akcent alkoholowy.
Smak: słodki, pełny, bardzo „stoutowy” z ciekawą nutą podobną do whisky stoutów, w których kawowa paloność miesza się z akcentami wprowadzanymi przez słody wędzone torfem (ziemistość, smolistość, lekki aromat przypalonej instalacji elektrycznej). Równolegle wyczuwalne aromaty karmelu, toffi, śliwek, orzechów i jeszcze jedna słodka nuta (najprawdopodobniej lukrecja). Wyczuwalny akcent czekoladowy. Goryczka chmielowa o ziołowym charakterze przewija się w tle, ale jest bardzo subtelna. Alkohol wyczuwalny, ale jak na ten woltaż, jest raczej wycofany. Finisz pełny, słodko-gorzki, przy czym źródłem goryczki jest tu paloność i nuta torfowa.
Wysycenie: niskie.

Piwo miażdży. Jego smak i aromat to prawdziwa różnorodność i bogactwo poszczególnych składowych, które razem tworzą zgraną i spójną całość uwieńczoną efektem synergii. Jest to piwo złożone, kompleksowe i wielowymiarowe, o konsystencji oleistej, typowej dla piw bardzo mocnych. Napitek do sączenia, a nie picia dużymi haustami. W piwie tym sporo jest elementów charkterystycznych dla stoutu, a także nuty przypominające porter bałtycki (karmel i śliwki). Piwo jest słodkie, pełne i bardzo treściwe. Jak na swoją moc, pijalne i nie męczące. Trunek przemyślany, nieprzekombinowany, dostarczający wielu wrażeń konsumentowi. Całej sytuacji pikanterii dodaje fakt, że tak jak wiele mocnych piw, które są refermentowane – na każdym etapie leżakowania smakuje inaczej. Jest to piwo nietypowe, przeznaczone raczej dla świadomych konsumentów trunku z pianką, którzy cenią sobie wielowymiarowość i pełny, złożony smak. Może to być dobra propozycja prezentu, albo napitek na jakąś wyjątkową okazję. Cena tego piwa nie należy do najniższych (ponad 40 złotych za butelkę o pojemności 500 ml), ale uważam, ze warte jest tych pieniędzy, bo konsument w zamian otrzymuje produkt naprawdę niebanalny. Jest takie powiedzenie, według którego „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, a w tym przypadku objawia się to tym, że od teraz moja uwaga skupi się na innych piwach z Thornbridge Brewery, które są swego rodzaju „kolekcją rozmaitości” i wyrózniają je etykiety, przypominające tę z „Bracia”. Piwa, które mam na myśli to „Double Scotch”, „Raspberry Stout” i „Sour Brown”. Mam czas, jestem cierpliwy, a co do degustowanego piwa – polecam, zwłaszcza miłośnikom piw ciemnych, poszukiwaczom nowych wrażeń i osobom lubiącym piwa słodkie, tudzież tym, nieprzepadającym za piwami goryczkowymi takimi jak na przykład American India Paale Ale. Warto.


Piliście? Jestem ciekaw, jakie są Wasze wrażenia?  

czwartek, 19 grudnia 2013

„Wołek Zbożowy” z Browaru Piwoteka

Ludowe porzekadło mówi: „do trzech razy sztuka”. W kontekście piw z tego browaru kontraktowego, mogę powiedzieć, że działa tu zasada: „do czterech razy sztuka”. „Wołek Zbożowy” jest czwartym piwem uwarzonym przez Browar Piwoteka, ale niestety z poprzednimi trzema: „Miedziana Dziewica” (ESB), „Czarny Wdowiec” (American Dry Stout) i „Kokolobolo” (koźlak orkiszowy), nie miałem okazji ich spróbować. Życie…

Browar Piwoteka powstał w tym roku. Jest to browar kontraktowy, stanowiący kolejną sferę działalności łódzkiej Piwoteki, w ramach której funkcjonują: pub, sklep i hurtownia piwa. Sklep Piwoteka prowadzi też sprzedaż piwa przez Internet. Sprawdzone empirycznie, polecam. O zakupach piwa przez Internet pisałem tutaj.

Wiadomość o powstaniu Browaru Piwoteka pojawiła się w maju tego roku. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że Piwoteka podąża w tę stronę, bo już wcześniej stała się inicjatorem powstania takich piw jak „Дед Мороз” (Dziadek Mróz), czyli Russian Imperial Stout, czy „Black Hope” uwarzonego przez AleBrowar (Black India Pale Ale), nie wspominając już o "B-Day" (Weizen IPA). Piwoteka warzy swoje piwa w radomskiej Pivovarii (piłem pszeniczne z tego browaru i bardzo mi smakowało), a za warzenie piwa w ramach projektu odpowiedzialny jest Marcin Chmielarz.

Z tego, co pamiętam, dotychczasowe piwa z tego browaru kontraktowego zostały przyjęte pozytywnie (a wiadomo, że z tym bywa różnie). Najwięcej zastrzeżeń było chyba pod adresem „Czarnego Wdowca” z uwagi na potężną goryczkę. W zamierzeniu, miała ona być trzycyfrowa. Niestety do celu zabrakło 3 jednostek IBU (97 – tyle wynosiło IBU tego piwa). „Kokolobolo” też zbierało pochlebne opinie. Raczej częściej podnoszono glosy, że piwa jest po prostu za mało na rynku, ale wiadomo jak to jest w browarach kontraktowych. Warzy się u kogoś, najczęściej też w niewielkich browarach, gdzie trzeba wstrzelić się między planowe warzenia browaru, w którym zakontraktowano produkcję, a sam popyt przerasta podaż. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja ulegnie zmianie. Sam Browar Piwoteka przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tych niedogodności i dąży do zmiany tego stanu Reczy, ale nie jest to proste. Trzymam kciuki, że się uda.     

I tutaj dochodzimy do sedna, czyli „Wołka Zbożowego”. Jest to piwo dolnej fermentacji, które wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom, co z góry zostało założone przez twórców. Mi takie „punkowe” podejście na wzór BrewDoga się podoba, bo twierdzę, że piwo ma smakować, a nie o to chodzi, czy wpisuje się w ramy i widełki konkretnego stylu (na przykład w nawiązaniu do nomenklatury BJCP), czy nie. Zwłaszcza, że BJCP też nie wszystkie style uwzględnia, a scena craft ciągle eksperymentuje. „Ditch the mainstream” jak głosi BrewDog na swych etykietach. Do wytworzenia piwa użyto 12 różnych słodów, co brzmi ciekawie i kusząco. Poza tym, sam fakt, że jest to lager, a nie ale też jest swego rodzaju ciekawostką.

Podobają mi się etykiety piw z tego browaru. Są takie trochę chałupnicze, ale pamiętajmy, ze jest to zgodne z duchem craft. Zauważyłem, że postaci na etykietach „Miedzianej Dziewicy”, „Czarnego Wdowca” i „Wołka Zbożowego” mają zawsze przesłonięte oczy (albo włosami, albo nakryciem głowy0. Ciekawe, czego by się w tym dopatrzył Frued? Etykieta „Wołka” przedstawia tę zmorę rolników w wariancie antropomorficznym, pod postacią przaśnego brzuchacza, stojącego pośród łanów zbóż i zajadającego się bez opamiętania kłosami. Wygląda on trochę jak „wioskowy głupek” z tą fryzurą na „piasta kołodzieja”. Ale etykieta bardzo sympatyczna, pełna ciepłych kolorów, korespondujących z kolorystyką zbóż. Jest też kontretykieta, zawierająca przydatne informacje na temat piwa. Obydwa elementy („eta” i „kontra”) są przyczepione do butelki za pomocą gumki recepturki, jak to często czynią piwowarzy domowi. Dobre rozwiązanie dla kolekcjonerów etykiet.


Dane szczegółowe:
Producent: Browar Piwoteka (warzone i rozlewane w browarze restauracyjnym Pivovaria w Radomiu).
Nazwa: Wołek Zbożowy.
Styl: lager/piwo specjalne.
Ekstrakt: 14 % wag.
Alkohol: 5,2% obj.
Skład:  słody (pale ale, monachijski, wędzony, pszeniczny wędzony, orkiszowy, gryczany, żytni, owsiany, pszeniczny czekoladowy, Carared, Caraaroma, bursztynowy), chmiele (Fuggles, East Kent Goldings), woda, drożdże.
Pasteryzacja: nie.
Filtracja: nie.

Barwa: ciemnobrązowa z wiśniowymi refleksami, zmętniona.
Piana: bujna, beżowa, drobnopęcherzykowa, wysoka i sztywna. Trwała, oblepiająca szkło.
Zapach: ciemne słody (paloność i gorzka czekolada), słody pszeniczne, nuta owsiana, wędzonka (mięsna), karmel.
Smak: Dzieje się… Na pierwszy rzut wchodzą nuty słodowe z aromatem paloności, gorzkiej czekolady, karmelu, zbóż (przede wszystkim aromat pszenicy i owsa). Zaraz obok wyraźny aromat wędzony, kojarzący się z wędlinami, ale nienachalny i nienastręczający się. Na finiszu do głosu dochodzi chmielowa goryczka. Jest ona ziołowo-łodygowa, dobrze zarysowana, ale niezbyt wysoka. Po przełknięciu pozostaje przyjemny chmielowo-wędzony posmak.    
Wysycenie: jak na lagera, poniżej średniego.

Świetne piwo. Jego smak i aromat to prawdziwe bogactwo doznań. Pijąc to piwo czułem się zaatakowany przez ogrom posmaków i akcentów obecnych  w tym piwie. W zamyśle, „Wolek” ma być piwem poza jakąkolwiek klasyfikacją jeżeli chodzi o piwne style i wychodzi mu to na dobre. Jeśli miałby to być np.: stout, każdy doszukiwałby się aromatów typowych dla stoutu. Analogiczna sytuacja miałaby miejsce w przypadku zadeklarowania na etykiecie każdego innego stylu. A tak, można kreować sobie wewnętrzne wyobrażenie na temat smaku piwa poprzez lekturę składu tego piwa, ale to i tak będzie wewnętrzna sugestia, której słuszność, bądź mylność, może zweryfikować tylko empiryczne zetknięcie się z tym piwem. Wielowymiarowe, o zdecydowanym smaku, nie przejaskrawione w żadną stronę. Pije się je lekko i z wielką przyjemnością. Mam nadzieję, że ten „szkodnik” jeszcze nie raz zagości w piwnych sklepach i pubach. Kawał dobrej roboty.


Moja ocena: 4,5/5.