UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.

niedziela, 20 listopada 2016

„Piwo – wszystko, co musisz wiedzieć, żeby nie wyjść na głupka” – recenzja książki

Przyznam się szczerze, że książka ta interesowała mnie, od kiedy tylko dowiedziałem się, że ukaże się na rynku. Z drugiej jednak strony zastanawiałem się, czy jest sens po nią sięgać? Sam autor wyraźnie podkreślał, że to publikacja głównie napisana z myślą o osobach nieszczególnie zaznajomionych z tematyką piwną. Los chciał, że Tomek Kopyra wyrwał mnie z tego „problemu pierwszego świata” obdarowując egzemplarzem jego książki. Przeczytałem ją i chcę się z Wami podzielić moimi wrażeniami świeżo po jej lekturze.

Myślę, że pomimo niskiego poziomu czytelnictwa w naszym kraju, zapotrzebowanie na tego rodzaju literaturę będzie rosło, bowiem obserwowalne jest coraz większe zainteresowanie piwem pośród konsumentów. Dotychczasowe publikacje są różnej jakości, często ich nakłady już dawno się wyczerpały, a spora ilość nowych pozycji, takich jak choćby reprinty starych podręczników piwowarskich, to literatura bardzo niszowa, adresowana do piwnych pasjonatów i „masochistów”, a nie laików. Zupełnie inaczej rzecz ma się w przypadku literatury obcojęzycznej (anglojęzycznych pozycji o tej tematyce jest całe zatrzęsienie), jednak zapewne nie każdy czuje się na siłach, by po nią sięgnąć. Zachęcam jednak do przełamania się – to dobra możliwość podszlifowania języka, a wiele z tych książek pisana jest językiem bardzo prostym. Zyskujecie w ten sposób także dostęp do olbrzymiej dozy wiedzy o każdym piwnym aspekcie.

Wracają do publikacji Tomasza, uważam, że bardzo dobrze się stało, że taka pozycja pojawiła się na rynku. Tomek Kopyra nie jest pierwszym blogerem piwnym, który wydał książkę, lecz na pewno jest postacią znaną, co powinno stać za sukcesem publikacji jego autorstwa. Skoro już o autorze mowa – myślę, że jego sylwetki prezentować szczególnie nie trzeba. Człowiek od kilkunastu lat pasjonujący się tematyką piwną, znany w branży i poza nią, zasłużony popularyzator piwowarstwa rzemieślniczego i zagadnień związanych z piwem i piwowarstwem. Warto w tym miejscu nadmienić, że dla mnie Tomek był jednym z ludzi, którzy zainspirowali mnie do tego, aby założyć bloga i „dać nura” w odmęty piwnej historii. Cztery lata temu wiele też dowiedziałem się z lektury jego bloga, a nie zapomniał wół jak cielęciem był. Między innymi dlatego, w ramach długu wdzięczności, postanowiłem zrecenzować jego książkę.

Przechodząc do książki – jej okładka prezentuje się dobrze. Najbardziej podobają mi się dwie rzeczy: dopisek do jej tytułu czerwonymi literami oraz efekt kropel piwa. Książka jest też miła w dotyku. Być może dla wielu z Was jest to deskryptor wzięty „od czapy”, ale gdy widzi się bardzo słabo (jak ja) i opuszki palców są uzupełnieniem niedoskonale funkcjonującego zmysłu wzroku, uwierzcie mi –ma to znaczenie.

Opisywana pozycja wydawnicza podzielona jest na cztery części:

Jak powstaje piwo?” – dowiedzieć się można z niej o podstawowych surowcach piwowarskich, a także poznać poszczególne etapy procesu produkcji piwa.

Piwny Matrix” – zaprezentowano w niej informacje o tym, co oznaczają różne symbole i oznaczenia na etykietach i kontretykietach. Poza tym, autor odpowiada na pytanie, dlaczego piwo koncernowe jest takie kiepskie (w porównaniu z piwem rzemieślniczym)?

Piwo w stylu” – zarysowana w niej została typologia podstawowych stylów piwa – tych klasycznych oraz nowofalowych (z czytelnym podziałem na kraje pochodzenia).

DIY – czyli i Ty możesz” – książkę zamyka rozdział o tym, jak prawidłowo degustować piwo (kwestie doboru szkła, odpowiedniej temperatury, sposobu nalewania, etc.) oraz – bardzo ogólnikowo – prezentujący zagadnienie domowego wyrobu piwa.

Gdybym miał użyć piwnego porównania w przypadku tej publikacji, porównałbym ją do dobrego, czeskiego pilznera. Chcąc uniknąć nieporozumień i niewłaściwej interpretacji – już spieszę z wytłumaczeniem. Otóż pisząc o pilznerze nie mam na myśli tezy, którą głosi wielu apologetów kraftu, a mianowicie, że pilzner to „nuda, Panie, nuda”. Nie, nie o to chodzi. Lubię pilsy, chętnie sięgałem po nie, zanim w Polsce zagościła piwna rewolucja i tak samo lubię je dziś, choć oferta rynkowa jest o wiele ciekawsza i zróżnicowana (7 lat temu była bieda…). Mam tu na myśli porównanie w pozytywnym kontekście – pilzner jest piwem, które nie zaskoczy nie wiadomo jakimi aromatami, ale wysokiej próby pils jest smaczny, lekki i bardzo pijalny. Tak samo jest z wyżej wymienioną publikacją – czyta się ją lekko i chętnie brnie się przez kolejne strony – tak samo jak z piciem dobrego piwa zdrojowego, które zachęca do kolejnych łyków. Owszem, nie napotkałem tu rzeczy, których bym nie wiedział, ale jak już wspomniałem wcześniej – docelowy target stanowią osoby, których pojęcie o piwie jest nikłe lub zerowe. Zagadnienia przedstawione są ogólnikowo, ale gdy trzeba autor wchodzi w detale – oczywiście w taki sposób, aby nie zniechęcić do dalszej lektury. Zaprezentowano w niej podstawowe zagadnienia związane z piwem i piwowarstwem, zadając przy okazji kłam powszechnie pokutującym piwnym mitom. Niewątpliwą zaletą tej pozycji jest też możliwość zapoznania się z dodatkowymi treściami, które dostępne są dzięki aplikacji Tap2C (z tej samej platformy korzysta kwartalnik „Piwowar”).

Myślę, że dla osób, które przeczytały już wiele książek o piwie i piwowarstwie, lektura książki Tomka będzie bardziej repetytorium z podstaw wiedzy o piwie i piwowarstwie. Podobnie będzie z wiernymi widzami jego bloga. To taki blog.kopyra.com zebrany w pigułce (w kontekście materiałów o charakterze edukacyjnym). Sprawa ma się zupełnie inaczej w przypadku ludzi, dla których piwna tematyka jest nieznana lub ich zasób wiadomości na ten temat jest naprawdę nikły. Lektura tej książki na pewno będzie dobrym materiałem dydaktyczno-poznawczym w kwestii znajomości podstaw piwnej wiedzy oraz krokiem do stania się świadomym konsumentem „trunku Gambrinusa”. Dowiecie się z niej jak powstaje piwo, z jakich surowców je się wytwarza, jakie rodzaje piwa można znaleźć na sklepowych półkach, co oznaczają informacje zawarte na etykietach, jak prawidłowo je serwować, ale przede wszystkim, dlaczego w ogóle warto się nim zainteresować i wyjść ze strefy komfortu „jasnego pełnego”? Na zachętę posłużę się cytatem z tejże publikacji:

Aby degustować i oceniać piwo, trzeba wykonać wcześniej pewną pracę, poczytać, łyknąć trochę teorii, skupić się… ale przede wszystkim dużo trenować, bo jak wiadomo – trening czyni mistrza! A trenowanie w degustowaniu to po prostu picie piwa. Nie bezmyślne żłopanie, z zagryzaniem orzeszkami czy chipsami w trakcie meczu, tylko degustowanie świadome. Zapytacie – ale właściwie w jakim celu? Czy nie wystarczy, że piwo gasi pragnienie, w miarę smakuje, daje trochę radości i wytchnienia po męczącym dniu? Oczywiście tak też można. Z zastrzeżeniem, że to mniej więcej tak, jakby kupić najnowszą konsolę i grać na niej w tetrisa czy w sapera. Albo pojechać do Rzymu czy do Paryża i na kolację wybrać się do McDonalda lub KFC. Można? No można, ale trochę szkoda.” (s.189)

Moim zdaniem – w punkt. Takie publikacje są bardzo potrzebne, bo stan świadomości konsumenckiej, jeżeli chodzi o piwo, jest bardzo niski. Sama estyma, wobec tego trunku to pojęcie abstrakcyjne. Pierwszy przykład z brzegu – w wielu polskich domach podaje się piwo i często pada pytanie „Chcesz szkło?”. Czy taka sytuacja ma miejsce, gdy zamiast piwa podawany jest inny napój alkoholowy? Nie. Nadal picie piwa z butelki lub puszki nie jest postrzegane jako nietakt – a czy pijesz tak wino lub whisky? Nie sądzę… Można toczyć bekę z Januszy i Grażyn, ale uważam, że o wiele pożyteczniejsze jest edukowanie potencjalnych konsumentów piw rzemieślniczych. Oczywiście nie należy też wciskać dziecka do brzucha tym, którzy wolą pozostać przy swoim „jasnym pełnym”. Nie z każdej mąki będzie chleb – trzeba się z tym pogodzić. To, co przewija się w trakcie lektury – i uważam też jest ważne – to podejście polegające na szukaniu pozytywów z picia piwa. Oczywiście, wady i fakapy trzeba punktować, ale nie doszukujmy się ich na siłę – piwo pijemy dla przyjemności, a nie za karę.

Czego mi w tej książce zabrakło? Wskazania źródeł, z których Czytelnik zaciekawiony lekturą mógłby czerpać dalszą wiedzę. Czegoś nie na zasadzie bibliografii, ale „literatury uzupełniającej”. Mam fetysz bibliografii w książkach, bo na tej podstawie powiększam, między innymi, zasoby mojej piwnej biblioteki.  


Zbliżają się Mikołajki i Święta – myślę, że warto rozważyć tę książkę jako potencjalny pomysł na prezent dla kogoś, kogo mogłaby ona zainteresować.    


wtorek, 20 września 2016

Horner Bier

Niedawno przeczesując Internet w poszukiwaniu informacji o piwach historycznych (choć cisza na blogu trwa, nadal zgłębiam ten temat) natknąłem się na kilka wzmianek o Horner Bier, które opisywano jako ulubione piwo Wolfganga Amadeusza Mozarta (1756-1791). Postanowiłem zebrać je wszystkie do kupy i podzielić się tą ciekawostką z Wami. Nie będzie to elaborat obfitujący w szczegóły, bowiem materiał źródłowy jest raczej skromny, niemniej myślę, ze warto o tym wspomnieć.

W kanonie „Bei der Hitz im Sommer eß ich” (W letnim upale posilam się) można natknąć się na następujący fragment: „Ich nehm Limonade, Mandelmilch, / auch zu Zeiten Horner Bier; / das im heißen Sommer nur.” (Zamawiam lemoniadę i mleko migdałowe a czasami piwo z Horn, jednak tylko w upalnym lecie). Autorstwo tego dzieła przez długi czas przypisywano Wolfgangowi Amadeuszowi Mozartowi, jednak w drugiej połowie XX wieku za prawdziwego autora uznano Vaclava Trnkę (1739-1791), po tym jako udowodniono, że w 1804 roku na skutek błędu wydawcy dzieła Trnki zostały przypisane Mozartowi.

O piwie z Horn wspomina sam Karl Balling (1805-1868), który miał swój wkład w rozwój nowoczesnego piwowarstwa. Horn to niewielkie miasto oddalone o około 90 km na północny zachód od Wiednia. Horner Bier było piwem owsianym o jasnej barwie, które według opisu Ballinga miał cechować także musujący charakter i duże zmętnienie. Było ono popularne w XVII i XIX wieku zwłaszcza w Wiedniu. Wiadomo też, że w innych regionach Austrii także warzono piwa owsiane (np.: w Karyntii).
    
Z innych źródeł można się dowiedzieć, że napój ten produkowano z wykorzystaniem słodu owsianego suszonego na powietrzu a nie w piecu. Przy wyrobie tego napitku stosowano małe ilości chmielu. Znajdują się w nich także wzmianki o tym, że piwo to było kwaśne, a do jego zakwaszania używano kamienia winnego (wodorowinianu potasu zwanego inaczej tartarusem).  Horner Bier był porównywany do niemieckiego piwa znanego jako Broyhan.  

Czym jest ów kamień winny? To sól kwasu winowego powstająca podczas fermentacji wina. Posiada formę małych kryształków. Stosowany jest on w przemyśle spożywczym jako przeciwutleniacz i regulator kwasowości (posiada symbol E366). Związek ten uważany jest za bezpieczny, jednak w większych dawkach posiada działanie przeczyszczające.

Alistair Reece (Velky Al) na swoim blogu podaje propozycje parametrów takiego piwa:
  • OG - 1.032 (8 st. Plato)
  • FG - 1.004 (1 st. Plato)
  • ABV - 3.7%
  • IBU - 8
W jego rozważaniach co do ewentualnej receptury proponuje dodatek słodu jęczmiennego do zasypu oraz zakwaszenie piwa bakteriami kwasu mlekowego. Niestety temat ten nie został przez niego rozwinięty.  

Czy uwarzenie takiego piwa ma sens? Moim zdaniem – i tak i nie. W warunkach domowych jest to jak najbardziej możliwe. Piwo wyrabiane wyłącznie na słodzie owsianym to rzecz wykonalna, choć wymagająca pewnych modyfikacji – zwłaszcza schematu zacierania i proporcji wody do słodu (więcej na ten temat można przeczytać tutaj). Piwo będzie posiadało specyficzny smak. Metodą prób i błędów będzie należało dojść do optymalnej ilości kwaśnego winianu potasu, aby uzyskać pożądany poziom kwaśności. Produkt ten bez problemu można nabyć w internetowych sklepach. Warto pamiętać o tym, że owies jest o wiele mniej wydajny niż jęczmień, dlatego będzie trzeba użyć większej ilości słodu niż w przypadku jęczmiennego cienkusza.

O ile piwo to nie powinno być większym problemem dla piwowara domowego (pomijając cenę surowców), o tyle trudno jest mi sobie wyobrazić komercyjną warkę takiego piwa.  Powód tego jest prosty: wysoka cena i niska wydajność słodu owsianego. Owsiany cienkusz byłby na pewno drogi, a po drugie – zamieszczenie na etykiecie informacji o użyciu kamienia winnego przez browar rzemieślniczy mogło by wywołać kolejną niepotrzebną branżową gównoburzę, do których wszyscy już przywykliśmy…  

Zainteresowanym tematem owsa jako surowca piwowarskiego polecam tekst sprzed dwóch lat:




Rzekomy wielbiciel piwa z Horn (źródło: Wikipedia)

Bibliografia:

Evan Rail: „From the Archives: On Balling, Mozart, and Oat Beers Where the Sun Don’t Shine”, http://www.beerculture.org/2009/08/20/from-the-archives-on-balling-mozart-and-oat-beers-where-the-sun-dont-shine/,


Andreas Krennmair: „Horner Bier”, http://dafteejit.com/2016/01/horner-bier/,


Alistair Reece: „Get Horner”, http://www.fuggled.net/2011/10/get-horner.html,


 http://www.niam.pl/pl/produkty/3393-e336_winiany_potasu