UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.

poniedziałek, 23 maja 2016

Beer & Food Festiwal 2016

W miniony weekend w stolicy Wielkopolski miała miejsce druga edycja imprezy „Beer & Food Festiwal”. W zeszłym roku nie udało mi się na nią dotrzeć, jednak na tegorocznej edycji chciałem się pojawić zachęcony wieloma pozytywnymi opiniami na temat BFF 2015. Relacje z piwnych imprez nie goszczą na mym blogu często, bowiem ze względów zdrowotnych nie mam w sobie wielkiego ducha obieżyświata. Niemniej, jeśli już się gdzieś wybieram, to lubię podzielić się z Wami moimi wrażeniami.



Lokalizacja
Wydarzenie miało miejsce w Starej Rzeźni przy ulicy Garbary. W roku 1900., kiedy obiekt ten oddano do użytku były to opłotki grodu nad Wartą, a dziś jest to praktycznie ścisłe centrum miasta. Miejsce to jest dobrze skomunikowane z wieloma częściami Poznania, a i dla przyjezdnych korzystających z usług PKP, czy innych przewoźników, łatwo było dostać się do Rzeźni bezpośrednimi połączeniami autobusowymi i tramwajowymi jadącymi spod dworca. Nigdy wcześniej nie byłem w Starej Rzeźni, ale przyznam, że miejsce to zrobiło na mnie dobre wrażenie. Lubię takie klimaty surowych i opuszczonych budynków, gdzie pełno jest rozmaitych zakamarków. Dzień był bardzo ciepły, a we wnętrzach budynków panował przyjemny chłód. Organizatorzy zadbali o to, aby ubarwić i udekorować miejsce tegorocznego BFF.

Ludzie
Frekwencja dopisała. Zapewne złożyły się na to następujące czynniki: pozytywny odbiór zeszłorocznej edycji, zainteresowanie konsumentów tego rodzaju imprezami, dobra promocja, a także łaskawa aura. Na miejscu byliśmy od około południa do 18:30 i wyraźnie było widać jak uczestników przybywa. Gdy opuszczaliśmy Starą Rzeźnię, przed wejściem stała długa kolejka po bilety wstępu na BFF. Podobało mi się to, że poza piwnymi maniakami było tam sporo ludzi, którzy nie byli pasjonatami piwa. Przychodziły całe rodziny, by spędzić tam weekend. To bardzo dobre, bo sukces piwnej rewolucji leży w docieraniu do coraz to szerszego grona odbiorców. Gdy opuszczaliśmy festiwal było już tam dla mnie trochę za tłoczno i zbyt gwarno…

Jedzenie
Organizatorzy zadbali o to, aby odwiedzający BFF nie wyszli z niego głodni. Oferta gastronomiczna była bardzo szeroka. Obok hamburgerów i frytek można było skosztować pity, pizzę, hot-dogi, kuchnię meksykańską, dania z Bliskiego i Dalekiego Wschodu i inne. Do nabycia była także kawa, lemoniady, lody i gofry. Nie mam dużego rozeznania jeśli chodzi o „żarcie na kółkach”, ale wyraźnie było widać, że wszystkie cieszyły się podobnym zainteresowaniem. Z rzeczy, których próbowałem, najbardziej smakował mi hamburger „Special” z Burgs Chef, który przygotował specjalną wersję kanapki na BFF. Oprócz standardowych składników, zawierał on także nachos oraz gorący sos serowy na bazie „piwa IPA” (zapomniałem zapytać po jakiego przedstawiciela stylu sięgnięto). Zapach jedzenia ze stoisk był wszechobecny i nad wyraz kuszący.

Strefa Chill-Out przed zapełnieniem się.

Piwo
Najważniejszą rzecz zostawiłem na sam koniec. Oferta piw była szeroka. Wystawiało się kilkanaście browarów. Oczywistą rzeczą było, że na pewno nie zabraknie podczas BFF browarów z Wielkopolski. Obecne były: Browar Setka, Browar Golem, Browar Szałpiw, Browar Chmielarium, Browar Kingpin, czy Browar Fortuna. Przyjechało także kilka browarów, które miały bliżej lub dalej do Poznania. Zjawiły się także: Browar Nepomucen, Browar Profesja, Doctor Brew, Browar Jan Olbracht, PiwoWarownia. Browar PINTA, Browar Maryensztadt (a oni mieli daleko) i inni. Takie stawiennictwo świadczy tylko o tym, że branża dostrzega potencjał tego przedsięwzięcia. Tradycyjnie dobrą robotę zrobiły puby i sklepy specjalistyczne, które wystawiały się na festiwalu, bowiem dzięki nim oferta piw była jeszcze bogatsza np.: Fermentownia sprzedawała trunki Pracowni Piwa i wybrane piwa Browaru Artezan. Proponowany konsumentom wachlarz piw był zdominowany przez rodzime wypusty, choć można też było bez problemu nabyć importy np.: belgijską klasykę, piwa z Czech, Niemiec, etc. Przeważały piwa lekkie, adekwatne do aktualnych okoliczności przyrody. W trakcie imprezy skotłowałem trochę piw i muszę, ku mojej uciesze, przyznać, że trzymały one poziom. Nie natknąłem się na żaden wypust, który byłby ewidentną skuchą, choć uważam się za osobnika bardzo liberalnie oceniającego pite przeze mnie piwa – uważam, że szukanie wad na siłę psuje całą przyjemność degustacji.

Zakochana para popija browara

Moimi faworytami okazały się następujące piwa – (kolejność przypadkowa):

Oatmeal Stout” (Browar Nepomucen) – lekki w odbiorze, ale bardzo pełny i okrągły dzięki dodatkowi płatków owsianych i płytkiemu odfermentowaniu. Wyraźne nuty kawy, czekolady, przyjemna goryczka pochodząca od palonego jęczmienia, która skutecznie kamufluje obecność cukrów rezydualnych, przez co piwo jest bardzo pełne. Jest ono ciemne jak listopadowa noc z bujną i zwartą pianą. Świetna robota.

Bamber” (z wiśniami) z Browaru Szałpiw –wersja uwarzona specjalnie na BFF. Sam „Bamber” bardzo mi swego czasu smakował, a ciekaw byłem jak będzie smakować w połączeniu z wiśniami. Okazało się, że może wyjść z tego smaczne piwo. W smaku i aromacie wyczuwalne były wiśnie, które przybrały słodką, kompotową postać, bardzo dobrze współgrającą z typowymi dla bawarskich piw pszenicznych nut goździków i bananów. Trunek bardzo owocowy i pijalny.

Szemesz” (Browar  Golem) – sesyjne IPA o ekstrakcie początkowym wynoszącym 10 st. Blg i zawartości alkoholu poniżej 4% obj. Jest to SMASH, czyli trunek przy którego produkcji użyto tylko jednego rodzaju słodu i wyłącznie jednej odmiany chmielu. W tym przypadku sięgnięto po słód wiedeński i chmiel Chinook. Piwo jak na swój ekstrakt okazało się nad wyraz pełne, a wiedeński wniósł do niego nuty ciastek i skórki chleba, spychając chmielowość nieco na dalszy plan. Zatem, cytując klasyka „goryczka mogłaby być nieco wyższa”, jednak i tak uzyskano bardzo fajny efekt i ciekawą propozycję na cieplejszą część roku.

Cudowne rozmnożenie” (Pracownia Piwa) – interpretacja piwa grodziskiego, którą wypuszczono w wersji 7,7 st. Plato, a nachmielono po amerykańsku. Jako wielki miłośnik Grodzisza nie mogłem sobie odmówić skosztowania tego piwa. Uważam je za udane, a przynajmniej za zgodnie z moim wyobrażeniem. Wędzoność grała w nim pierwsze skrzypce, a gdzieś w tle pałętała się cytrusowość. Sytuacja taka miała miejsce i w smaku oraz w aromacie. Nie było tak, że chmielu sypnięto bez opamiętania i z trudem wyczuwało się wędzoność. Piwo bardzo pijalne, a także zawierające wyraźniejszą wędzonkę niż „Piwo z Grodziska”.

Godnymi uwagi były też piwa z Browaru Setka, a przede wszystkim konkretnie nachmielony pilzner o nazwie „Redneck”. Życzyłbym sobie, aby niejedno polskie piwo z IPA w nazwie posiadało taki poziom goryczki. Wytrawne, lekkie, z wyczuwalnymi nutami cytrusów i żywicy. Tak trzymać.

Ale żeby nie było tak słodko, to dodam do tej beczki miodu łyżkę dziegciu. Spróbowałem „Yellow Sub” z Doctor Brew i stwierdzam, że o ile samo piwo nie było złe, o tyle ta mieszanka niemieckich chmieli z butów nie wysadza i promowanie jej jako substytutu dla Amarillo to, moim zdaniem, robienie piwowarów w trąbę. Ani nie było tam smaczków typowych dla odmiany Amarillo, a sama goryczka była ciężka, nieco zalegająca i łodygowa. Patrzyłem na piwo pod kątem użytego blendu i według mnie Yellow Sub to bardziej marketingowy bełkot niż rzeczywisty potencjał.

Tak było po 18-ej.


Cieszę się, że w tym roku nic nie stanęło mi na przeszkodzie i miałem szansę spędzić  z ekipą kilka godzin na Beer & Food Festiwal. Imprezie, która z pewnością na stałe wpisze się do kalendarza piwnych wydarzeń w Wielkopolsce. Było dużo dobrego i smacznego piwa, mnóstwo szamy i sporo pogodnych oraz roześmianych ludzi. Do zobaczenia za rok!

Wbrew logice i trendom, piję sobie z plastiku...

niedziela, 15 maja 2016

Problemy piwowarstwa w nowożytnej Europie

Richard W. Unger w swojej monografii pod tytułem: „Beer in the Middle Ages and the Renaissance” wskazuje na pewien paradoks. Pomimo znacznego postępu piwowarstwa na przełomie późnego średniowiecza i początku czasów nowożytnych, który dotyczył przede wszystkim możliwości produkcyjnych browarów, piwowarzy zamiast prosperować zaczęli borykać się z coraz to nowymi trudnościami (ich tradycyjnymi zmartwieniami były niedobory surowców oraz ciężary fiskalne płacone na rzecz państwa). Jeszcze kilka wieków temu piwo, obok chleba i mięsa, było podstawą codziennej diety Europejczyków. Przeciętna osoba piła kilka litrów tego trunku dziennie (wliczając w to dzieci). Nie jest prawdą, że w średniowiecznej Europie nie pijano wody, jednak jej spożywanie traktowano wtedy jako ostateczność. W owych czasach proces zacierania nie był tak dobrze poznany jak dziś, a brak termometru sprawiał, że ziarno zacierano „na oko”. Do tego należy dodać fakt, że techniki słodowania także nie były tak zaawansowane jak współcześnie. Owocowało to na pewno tym, że w gotowym piwie było dużo rezydualnej skrobi, dzięki czemu było ono gęstsze i pożywniejsze niż dzisiejsze piwa, dlatego mawiano o tym napitku, że jest „chlebem w płynie”. Nie dość, że był pożywny, gasił pragnienie, to jeszcze upajał. Więcej o piwowarstwie w epoce miecza i krzyża pisałem tutaj.  

R. W. Unger podaje expressis verbis cztery główne bolączki piwowarstwa z początku czasów nowożytnych oraz piątą, która co prawda nie jest wyrażona wprost, ale bardzo dobrze można ją wyczytać z kontekstu. Poniżej chciałbym je przedstawić, bowiem to, co rozpoczęło się na przełomie XV i XVI wieku ma swoje reperkusje po dzień dzisiejszy, choć często z perspektywy współczesnego człowieka wydają się one być bardzo trywialne, bowiem to, co dawniej stanowiło novum, dziś jest nieodłączną częścią naszego życia.

Problem 1 – wzrost popularności piw chmielonych
Wiemy doskonale, że w czasach późnego średniowiecza piwa przyprawiane chmielem zaczęły spychać gruit na śmietnik historii. Działo się tak, ponieważ chmiel nie posiada właściwości stymulujących jak niektóre komponenty gruitu. Wygrywał on ceną, ponieważ nie był opodatkowany tak jak gruit – w zachodniej Europie możni świeccy lub duchowni często posiadali przywilej wyłączności jego produkcji i sprzedaży (tak zwany gruutrecht), a co najważniejsze – piwa chmielone zachowywały dłużej świeżość. Wzrost popularności tego rodzaju piw uderzył przede wszystkim w miasta czerpiące dochody z produkcji i eksportu piwa (do Anglii i innych krajów Europy zachodniej oraz państw skandynawskich), gdyż z czasem docelowe kraje eksportu zaczęły zakładać własne plantacje chmielu (np. Anglia) lub sprowadzać go i warzyć piwo z jego udziałem (kraje skandynawskie). Problem ten dotyczył przede wszystkim miast hanzeatyckich, których sytuację komplikował spadek znaczenia Ligi Hanzeatyckiej i nasilenie się partykularnych interesów poszczególnych miast.

Problem 2 – konkurencja wina i brandy
Tezauryzacja społeczeństw w nowożytnej Europie sprawiła, że wielu konsumentów – już nie tylko tych najbogatszych – mogło sobie pozwolić na zakup dóbr i towarów, które wcześniej były dla nich niedostępne. Tak właśnie było chociażby z winem, które z uwagi na lepszą sytuację materialną mieszkańców Europy, zaczęło cieszyć się coraz większą popularnością. Wino zaczęto sprowadzać na tereny północnej i wschodnie Europy, a także zakładać coraz więcej winnic, bowiem – jak głosił Adam Smith – popyt determinuje podaż. Zaletą wina było też jego mniejsze opodatkowanie w porównaniu z piwem, co czyniło je bardziej atrakcyjnym dla konsumenta. Wynalazek destylacji pozwolił wyrabiać z wina brandy, co było korzystne dla winiarzy, bowiem jako produkt bazowy do jej produkcji najczęściej wykorzystywali oni wina skwaśniałe lub gorsze jakościowo.

Problem 3 – konkurencja destylatów
Destylowane napoje alkoholowe były kolejnym ciosem dla europejskiego piwowarstwa. Ich pojawienie się zdecydowanie zmieniło nawyki i preferencje konsumentów. Zaletami tej grupy produktów były: niższa cena w porównaniu z piwem, długa trwałość z uwagi na wysokie stężenie etanolu oraz fakt, że w porównaniu z niskoalkoholowym piwem, zajmowały mniej przestrzeni jeśli brać pod uwagę kryterium ilości zawartego w nich alkoholu. Ułatwiało to ich transport, a także było bardzo praktyczne na przykład na statkach, gdzie dysponowaną ograniczeniami przestrzennymi, stąd z czasem aprowizację marynarzy zastąpiono mocniejszymi trunkami. Destylaty cieszyły się największą popularnością przede wszystkim pośród najniższych warstw społecznych. Z uwagi na zmieniający się model konsumpcji alkoholu i znacznie większe ich oddziaływanie na konsumentów, z niepokojem przyglądano się postępującemu pijaństwu, co doprowadziło z czasem do powstawania ruchów na rzecz wstrzemięźliwości alkoholowej.

Problem 4 – egzotyczne napoje
Bezpośrednią konsekwencją odkryć geograficznych i kolonizacji świata przez Europejczyków było rozpowszechnienie się w Europie napojów, i innych produktów spożywczych, których dotychczas na tym kontynencie nie znano. Proces ten postępował gradualnie, jednak o ile na początku XVI wieku kawa, herbata i kakao były nieznane mieszkańcom Starego Świata, o tyle już w XVIII wieku były one bardzo powszechne, a piwiarnie zaczęły w miastach ustępować miejsca kawiarniom. Ceny wymienionych produktów systematycznie spadały, przez co były one dostępne dla coraz szerszego grona odbiorców. Wrastająca popularność tychże używek stała się wodą na młyn ruchów na rzecz wstrzemięźliwości alkoholowej, bowiem już w XVIII wieku dostępna była na rynku szeroka paleta napojów bezalkoholowych. Szybko okazało się też, że z ceł, którymi obłożone były kawa, herbata i kakao państwa czerpały wyższe profity niż z produkcji i wyszynku piwa.

Problem 5 – chciwość władzy
Richard W. Unger nie mówi tego wprost, jednak łatwo wysnuć taki wniosek po lekturze powyższych czterech bolączek piwowarstwa z okresu XVI-XVIII wieku. Piwo było drogie, przez co konsumenci zwracali swoją uwagę ku innym trunkom (wino, destylaty), które mogli kupić taniej, a także ku napojom bezalkoholowym. Wysoka cena piwa wynikała z jego opodatkowania, a także zależna była ona od cen surowców. W latach nieurodzaju zboża drożały, a to miało wpływ na cenę gotowego produktu. Piwo najczęściej było opodatkowane kilkoma taksami, co sprawiało, że w skrajnych przypadkach ponad 80% wartości piwa stanowił podatek. Opłaty najczęściej pobierano od użytych surowców do jego wyrobu, wyprodukowanej ilości gotowego trunku oraz od jego wyszynku. W czasach średniowiecznych, gdy przeciętny Europejczyk nie miał poza piwem wielu alternatyw, taka sytuacja była bardzo korzystna dla władców, bo z samego opodatkowania produkcji i sprzedaży piwa czerpali wielkie korzyści. Władcy pozostawali głusi na postulaty głoszone przez piwowarów, że tak wysokie ciężary fiskalne są dla tej gałęzi wytwórczej gwoździem do trumny, bowiem malejące przychody z tego tytułu najczęściej próbowano łatać podwyżkami dotychczasowych należności. Kiedy w końcu w XVIII wieku postanowili wyjść naprzeciw piwowarom, było już za późno.

Konkludując, zdaniem wyżej wymienionego autora, rok 1650 można uważać za graniczną datę złotej ery piwowarstwa w Europie. Nie znaczy to jednak, że był to początek jego upadku lecz poważnych przeobrażeń, które rozpoczęły się w okresie XVI-XVII wieku, a były kontynuowane w następnych stuleciach, a proces ten trwa do dziś. Motorem napędowym przemian w europejskim piwowarstwie były: przejście od feudalizmu do kapitalizmu (upadek cechów), rewolucja przemysłowa, postęp naukowo-techniczny. Pojawiły się nowe rodzaje piw: pale ale, porter, stout, IPA, pilzner, lager wiedeński, czy Munich Helles. Pomimo, że piwo nie jest już hegemonem jeśli chodzi o spożywane napoje, to i tak nadal plasuje się w czołówce tych najczęściej konsumowanych na świecie.


Fot.: Hans Splinter (CC)

Na podstawie:

Richard w. Unger: „Beer in the Middle Ages and the Renaissance”, University of Pennsylvania Press, Philadelphia, 2003.