UWAGA!

Strona, z uwagi na publikowane na niej treści, przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Z wizytą na Antypodach cz.2

Jeżeli chodzi o piwo w Australii, to tutaj także widoczne są wpływy angielskie. Główny nurt piwnych marek stanowią nie tylko jasne lagery, ale znajdzie się tam sporo piw w stylu pale ale, golden ale, bitter, rzadziej – cream ale oraz typowo australijski napitek – sparkling ale (więcej na temat tego piwa). Oczywiście piwa te często smakują bardzo podobnie (bez chmielowego sznytu), jednak bittery z racji na zasyp składający się z ciemniejszych słodów stanowią całkiem miłą odmianę (moimi faworytami były VB i Emu Bitter). Przeglądając oferty sklepów czy browarów widać, że piwa ciemne nie są tam szczególnie popularne. Podobnie jest z piwami mocnymi – tutaj pewnie klimat może być jednym z czynników decydujących o tym stanie rzeczy.

System dystrybucji alkoholu przypomina nieco ten skandynawski, bowiem alkohol można kupić tylko w wyznaczonych punktach. Nie kupimy piwa w supermarkecie, ale najczęściej obok niego znajdziemy sklep monopolowy. Podstawową różnicą pomiędzy krajami skandynawskimi a Australią jest to, że  dystrybucja napojów alkoholowych nie jest ograniczona wyłącznie do sklepów nadzorowanych przez państwo. Istnieje kilka sieci zajmujących się sprzedażą napojów wyskokowych i sklepy do nich należące często są rozmiarów osiedlowych marketów. Co ciekawe, wybór piw w takich sklepach jest bardzo szeroki. Znajdziemy w nich produkty krajowe – te produkowane przez duże browary oraz wyroby z sektora piw rzemieślniczych, a także znajdziemy sporo piw importowanych – zwłaszcza z Nowej Zelandii i Ameryki Północnej, a mniej z Europy. Odwiedziłem też w Perth jeden ze sklepów specjalistycznych, który zajmował się sprzedażą wyłącznie piw importowanych – były tam piwa z USA, Kanady, Belgii, Niemiec, Czech, Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii – moja uwaga skupiła się na piwach z tego ostatniego kraju. Z Polski były dostępne tam dwa piwa, ale nie miały nic wspólnego z rodzimą sceną rzemieślniczą… 

Często narzeka się u nas na to, że piwo serwowane w lokalach jest za zimne. W Australii piwo podawane jest bardzo schłodzone – w temperaturze oscylującej wokół 0 st. C (icy-cold). Reguła ta odnosi się do większości serwowanych tam napojów – prosto z lodówki, często dodaje się do soków kostki lodu a szkło trzymane jest w zamrażarkach. Picie napojów w temperaturze pokojowej uważane jest tam za manierę ekscentryczną. Ciekawym gadżetem jest tzw. stubby holder. Jest to wykonany z pianki rękaw, w który wkłada się butelkę lub puszkę z piwem. W efekcie ręka nie marznie od piwa pitego z butelki, a piwo dłużej utrzymuje niską temperaturę. W australijskich domach jest to rzecz powszechna często występująca pod postacią pokaźnych kolekcji, zważywszy na fakt, ze stubby holder to chyba najpraktyczniejszy gadżet promocyjny dla wielu lokalnych przedsiębiorstw.
Choć nie planowałem kłaść szczególnego nacisku na piwną turystykę podczas tej wyprawy – odwiedziliśmy 4 browary i to bez zwiedzania, ale wyłącznie w celu degustacji warzonych w nich piw, to jednak udało mi się skosztować wielu piw warzonych w Zachodniej Australii poprzez zakupy w sklepach monopolowych. Degustacje te nasunęły mi kilka wniosków. Po pierwsze, australijskie piwowarstwo rzemieślnicze trzyma bardzo wysoki poziom. Rzadko które piwo obarczone było jakąś wyraźną wadą, która zepsułaby wrażenia podczas degustacji. Żadne z piw nie poszło do zlewu, a ostatnio coraz częściej się na tym łapię, że jeśli coś mi nie podchodzi, to idzie do ścieków a browar dostaje ode mnie konsumenckiego bana. Po drugie, jak już wspomniałem, dominują tam piwa jasne, których moc rzadko przekracza 6-7% alk. obj. Podczas trzech tygodni udało mi się spróbować jednego RISa z lokalnego browaru. Pomimo, że warzone są tam wyłącznie piwa jasne, to dostępne jest ich szerokie spektrum – mamy klasyczne pilsy i nowofalowe lagery, a także american pale ale (piwa warzone w tym stylu, ale chmielone odmianami australijskim nazywa się tam australian pale ale), AIPA, ale także sporo było lokalnych interpretacji piw belgijskich (zwłaszcza w stylu blond i witbier). Natknąłem się również na kilka wersji Berliner Weisse. Dużą popularnością cieszy się tam mariaż belgijskich drożdży z nowofalowymi odmianami chmielu. Za to owoce nie są tak popularnym motywem jak u nas. Brak mocnych piw sprawia, że piwa leżakowane w beczkach są produktami bardzo niszowymi, dostępnymi najczęściej pod postacią produktów z importu. Kolejna konkluzja jest taka, że australijski chmiel „robi robotę”. Piwa chmielone rodzimymi odmianami częstokroć wypadały lepiej niż te, przy których użyto wyłącznie chmieli z USA. Owocowość szła w stronę liczi, mandarynek, marakui, winogron, do tego chmiele były bardziej ziołowe niż żywiczne. Moim zdaniem chmiele z „Oz” bardzo dobrze sprawdziłyby się w piwach typu Vermont IPA. Inną sprawą jest, że tamtejsi piwowarzy nauczyli się osiągać efekt synergii poprzez łączenie odmian australijskich i amerykańskich, dzięki czemu ich piwa niejednokrotnie „miażdżyły” chmielowym aromatem i smakiem pozbawionym łodygowości, zalegania i szorstkiej goryczki. 

Z danych znajdujących się w serwisie Craft Beer Reviewer wynika, że w październiku tego roku w Australii funkcjonowało 516 browarów, z czego 65 w stanie Australia Zachodnia. Nie trafiłem do żadnego z browarów znajdujących się w Perth, ale za to miałem okazję odwiedzić trzy w dolinie rzeki Swan oraz jeden we Fremantle.

Dolina rzeki Swan to ciekawe miejsce, bowiem znajduje się tam wiele przybytków wartych odwiedzenia. Są tam dobre restauracje, winnice, manufaktura czekolady, manufaktura orzechów w czekoladzie, gospodarstwa pszczelarskie, cydrownie i, oczywiście, browary. Miejsce jest bardzo urokliwe, ale bardzo rozciągnięte i bez samochodu, i jeszcze lepiej kierowcy, trudno by było je objechać. 

Pierwszy browar będący na naszej liście (Ironbark Brewery) niestety w dniu, gdy doń przybyliśmy był zamknięty, jednak nie ma tego złego, bowiem obok znajduje się Funk Cidery posiadająca w swojej ofercie bardzo ciekawe cydry. Poza standardowymi cydrami, były tam także jabłeczniki fermentowane z użyciem drożdży Brettanomyces czy te fermentacji spontanicznej. Inną ciekawostką były cydry z dodatkiem innych owoców. Ten z dodatkiem passiflory „rozłożył na łopatki” inne produkty z oferty. Nie jestem wielkim miłośnikiem cydru, ale wizytę w Funk Cidery będę wspominał bardzo dobrze.   
 
Drugim celem na naszej mapie owego dnia był Homestead Brewery. Budynek browaru, w którym szykowane jest piwo, jest bardzo nowoczesny, w większości przedszkolny, dzięki czemu z okien i tarasów można obserwować okolicę. Browar prowadzi także restaurację. W stałej ofercie browaru mamy niemiecką pszenicę, munich lagera (piwo w stylu niemieckim, którego zasyp stanowi słód monachijski), a także dwa rodzaje jasnego ale – w tym jeden chmielony wyłącznie australijskimi odmianami. Czuć było, że piwowar w owym browarze ma „ciężką rękę” do chmielu, bo chmielowość przewijała się nawet w piwie pszenicznym. „Kaiser’s Choice”, bo tak nazywało się owo piwo pszeniczne pachniało bananem i goździkiem, były wyczuwalne w nim także akcenty skórki chleba. W smaku podobnie. Zaczynało się od zbożowości, na co wchodziły produkty pracy drożdży dedykowanych do tego rodzaju piw, ale miłym zaskoczeniem było chmielowe zwieńczenie. Chmielowość była trawisto-ziołowa, europejska (lub pochodząca od rodzimych kultywarów o europejskim rodowodzie). Wspomniany wyżej lager nosił nazwę „Brauhaus Lager”. Spodziewałem się piwa słodowego, w którym wyczuwalne będą chlebowość i ciasteczka, ale tu także pozytywnie zaskoczył mnie poziom goryczki. Była wyczuwalna, ale nie nachalna, nie psuła efektu uzyskanego dzięki takiemu, a nie innemu zasypowi, co w moim odczuciu świadczy o kunszcie piwowara. Dwa piwa w stylu pale ale – „Thunderbird” i „Golden Eagle” były ukoronowaniem pobytu w tymże miejscu. O ile ten pierwszy był bardzo dobrym american pale ale (ze wszystkim, co piwo w tym stylu powinno konsumentowi oferować), o tyle drugi – australian pale ale – „skradł show” kolegom z deski degustacyjnej. Owocowy w aromacie – mandarynka, pomarańcza, passiflora, winogrono, liczi, z domieszką ziół. Smak był równie dobry jak aromat, przy czym goryczkę balansowały cukry resztkowe. Bardzo pijalne, ale przede wszystkim smaczne, świeże i udane piwo.

Z Homestead Brewery udaliśmy się do Mash Brewery. Browar ten jest zbudowany w tym samym stylu, jednak jest mniejszy i serce browaru, czyli warzelnię widać z części restauracyjnej. Akurat natrafiliśmy na dzień warzenia, przez co oczekiwanie na zamówienie umilał nam widok piwowarów uwijających się przy pracy. Samo otoczenie browaru wydało mi się ciekawsze – więcej tam zieleni, zwłaszcza drzew – palm i eukaliptusów. Wybór padł na New England IPA, „Pale” (pale ale), „The Guv’inor” (xtra pale ale) i „COPY CAT” (AIPA). Pierwsze z nich było bardzo zachowawcze. Słodowość przeplatała się z nutami cytrusowymi, ale piwo wydało mi się niezdecydowane. Być może to dobry środek, by przekabacać nieprzekonanych na „piwną stronę mocy”, ale jeśli jadło się chleb z niejednego pieca, to nie jest to pozycja, która wprawiłaby w zachwyt czy osłupienie. Piwo poprawne i pijalne, ale nazbyt grzeczne. Cóż, pewnie nie wpisuję się w target. NEIPA bardziej przypadła mi do gustu – cytrusowa chmielowość i owocowe estry szły ze sobą w parze, przez co piwo to było bardzo owocowe i aromatyczne. Goryczka, choć zaznaczona, nie psuła efektu pracy drożdży. „The Guv’inor” okazał się piwem o wiele bardziej trafiającym w moje gusta. W porównaniu ze swoim grzecznym braciszkiem „Pale”, to piwo było prawdziwym chmielowym urwisem. Chmielowość dominowała w aromacie i smaku, ale goryczka była krótka, z owocowym i żywicznym akompaniamentem. Piwo bardzo pijalne i rześkie. „COPY CAT” okazało się także chmielową bombą, w dodatku bardzo zdradliwą, gdyż zawartość alkoholu wynosząca niecałe 7% alk. obj. nie była wcale wyczuwalna. Tutaj goryczkę balansowały słody karmelowe i cukry resztkowe, jednak nie było nazbyt słodkie i męczące jak to czasem bywa z przedstawicielami tego stylu, gdy piwowar za bardzo „popłynie” ze słodami karmelowymi w zasypie. Piwa z tego browaru są bardzo dobrze dostępne w sklepach monopolowych w Perth i okolicach. Wersje butelkowe także były wysokich lotów. Będąc w Mash Brewery postanowiliśmy także coś zjeść. Mój wybór padł na burgera z wołowiną wagyu i frytkami belgijskimi. Jadło także godne polecenia z uwagi na jego wysoki poziom.   

Ostatnim przybytkiem odwiedzonym owego dnia był Feral Brewery. Piwa tego browaru są także bardzo dobrze dostępne w okolicach Perth, dlatego sporo z nich można spróbować nawet jeśli nie uda odwiedzić się browaru. Miałem wrażenie, że ten przybytek był najmniejszy ze wszystkich odwiedzonych, jednak on także jest atrakcyjnie usytuowany wśród zieleni i z ciekawymi widokami. I tutaj głodni będą mogli się nasycić. Ciekawostką w Feral była możliwość zamówienia dwóch różnych desek degustacyjnych. W skład jednej z nich wchodzą piwa odstępne przez cały rok, a drugą stanowią wyłącznie piwa sezonowe. Zdecydowałem się na te ze stałej oferty browaru. W jej skład weszło 6 piw, które podano chyba w najlepszy sposób ze wszystkich – w małych pokalach. „Feral White” to udany witbier z wyczuwalnymi nutami curacao i kolendry. Do tego dochodziły jeszcze drożdżowe estry. Piwo było lekkie i rześkie, niczym nie ustępowało biere blanche z Belgii. „Sly Fox” to z kolei session ale z wyraźnymi nutami chmielowymi. Lekkie, może nieco za wodniste, ale bardzo pijalne i owocowe (w smaku i w aromacie), dzięki nowofalowym chmielom. American IPA – „Hop Hog” – obfitowała w nuty typowe dla tego stylu. Chmielowość w aromacie i w smaku była dominująca i bardzo wyraźna, jednak w żaden sposób nie wpływała negatywnie na pijalność – chmielowość nie była szorstka, łodygowa czy zalegająca. Słodowość nieco balansowała goryczkę, jednak to chmiel rządził w tym piwie. Ta lżejsza interpretacja AIPA bardziej przypadła mi do gustu w porównaniu z „COPY CAT” z poprzedniego browaru. O ile piwa jasne wypadły bardzo dobrze, o tyle z tymi ciemniejszymi było różnie. „Karma Citra”, które miało być black IPA było w rzeczywistości american stoutem z wyraźnymi nutami ciemnych słodów, które dopełniała cytrusowa goryczka, jednak ta zadawała się być zduszona i wycofana z uwagi na użyte ciemne słody w zasypie. Zatem nie tylko Polakom zdarzają się potknięcia przy tym stylu piwa. „Smoked Porter” był – jak nazwa wskazuje – wędzonym porterem. Wędzonka była bardzo stonowana i ogniskowa zarazem, ale wyraźnie wyczuwalna w smaku (zwłaszcza na finiszu). Jak na porter przystało, było ono piwem zbalansowanym, w którym żaden z elementów, takich jak goryczka, słodycz i akcenty ciemnych słodów, nie wychodził przed szereg. Bardzo dobre i pijalne, o ile lubi się wędzonkę w piwie. Na samym końcu czekał na mnie „Boris” – Russian Imperial Stout, który okazał się być dobrym RISem z nutami kawy, czekolady, ciemnych owoców i dobrze ukrytym alkoholem. Był to dobry reprezentant stylu, ale nie jakiś szczególnie wybitny. 

Kilka dni później, będąc we Fremantle, odwiedziliśmy browar Little Creatures Brewing położony nad wybrzeżem Oceanu Indyjskiego. Widać, że browar nastawiony jest na turystów, bowiem w jego wnętrzu można nie tylko kupić piwo, ale bardzo dużo różnej maści gadżetów piwnych i nie tylko, przez co miejsce sprawia wrażenie nieco chaotycznego. Piwa z tego browaru są również bardzo dobrze dostępne w aglomeracji Perth. Moim faworytem od „małych stworzonek” było piwo „Roger’s”. Lekkie pale ale o umiarkowanej goryczce, ale bardzo aromatyczne. Będąc w browarze pokusiłem się o „Dog Days” – bardziej chmielone session ale z oferty tegoż browaru. Piwo chmielone trzema odmianami z USA – Cascade, Mosiac i Sumit. Było smaczne i poprawne, bardzo pijalne i z wysoką, ale niezalegającą goryczką bez nut nafty i cebuli, co z mojego punktu widzenia było dużym plusem.


Na sam koniec warto dodać, że wszystkie z wymienionych powyżej browarów są otwarte w dni powszednie do godziny 17-18 (tylko nieco dłużej w weekendy). Inne browary, których piwa bardzo dobrze wspominam to Nail Brewing, Matilda Bay Brewing Co. oraz 4 Pines Brewery.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz